korn19

 

Któż z mieszkańców Lublina nie zna ulicy Złotej. Jej perspektywę patrząc od Rynku zamyka fasada kościoła OO. Dominikanów. Ulicę malowali lubelscy artyści, pokazywano ją na pocztówkach, opiewali ją w swoich utworach lubelscy poeci. Wiąże się też  z nią jedna z najbardziej znanych legend o temperamentnej żonie złotnika.

My jednak zatrzymajmy się na samym jej początku. Po lewej stoi okazała kamienica pod nr 2. W porównaniu z innymi otaczającymi rynek jest raczej spokojna i cicha. Na parterze zaledwie jedna restauracja, a na kolejnych piętrach agendy Urzędu Miasta, między innymi Urząd Miejskiego Konserwator Zabytków. Dajmy się poprowadzić obszernej klatce schodowej aż na samą górę. Z mijanych po drodze okien otwierają się widoki na zakątki dziedzińców, które kamienice ukrywają na swoich tyłach: brukowane podwórka, gontowe dachy, drewniane ganki. Wszystko tu i ówdzie porośnięte dzikim winem. Na ostatnim piętrze, po prawo są drzwi. Tu mieści się pracownia złotnicza „Korn”. Przekraczając drzwi stajemy w niewielkiej przestrzeni dla interesantów. Nim któryś z pracowników podejdzie, aby zapytać nas o cel wizyty, zdążymy jeszcze ponad kontuarem zobaczyć ścianę zawieszoną zdjęciami Hartwiga, graficznymi i malarskimi widokami. Większość ukazuje ulicę Złotą, jej detale z różnych okresów historii miasta. W innej ramce reprodukcja fragmentu rękopisu „Poemat o mieście” Józefa Czechowicza. Na kontuarze leżą zamówione przez klientów prace, a tuż nad naszymi głowami dużych rozmiarów geoda ametystowa. Jeśli jednak uda nam się przekroczyć kolejne drzwi, znajdziemy się w rozległej przestrzeni pracowni jubilerskiej. To królestwo Panów Leszka Gwiazdy i Piotra Andrzejewskiego, właścicieli „Korna”. Panowie podzielili się obowiązkami i nad przebiegiem prac czuwa tu przede wszystkim Piotr Andrzejewski. Pod jego czujnym okiem pracuje kilku mistrzów złotnictwa. Ich miejsca pracy są małymi boksami wydzielonymi parawanowymi ściankami. Każdy może skupić się na swojej pracy (bo wymaga ona wyjątkowej koncentracji), ale jednocześnie pozostaje w kontakcie z otoczeniem. Podczas moich wizyt nie udało mi się dokładnie zorientować, ilu jubilerów tu pracuje. Dotychczas znałem jedynie małe, klaustrofobiczne warsztaty jubilerskie z pojedynczą obsadą. Tu jest inaczej. Rozległa przestrzeń jest nasycona różnorodnymi urządzeniami. Stanowisko ręcznej obróbki wyposażone w pilniki, szczypce, rylce grawerskie, młotki i piły wyrzynarki. Narzędzia stare, wygłaskane przez lata użytkowania oraz nowe. A tuż obok komputer ze skomplikowanym oprogramowaniem do projektowania biżuterii. Stare i nowe współżyje tu w harmonijnej zgodzie. Mikroskop do oceny kamieni szlachetnych, drukarka 3D, komputerowe urządzenie grawerskie. W innej części miniaturowe obrabiarki, a pod ich wrzecionami gruby kożuch opiłków i poskręcanych wiórków. Ich kolor i połysk zdradza pochodzenie – to złoto. Bo tu pracuje się przede wszystkim w złocie. Jest ono odlewane, skrawane, piłowane i walcowane. Potem w to, co wkrótce stanie się pierścionkiem, kolczykiem, czy bransoletą zakuwane są szlachetne kamienie. To praca wyjątkowo żmudna i precyzyjna, wykonywana pod mikroskopem. Maleńkie wypustki ze szlachetnego kruszcu, ujmują z czterech stron precyzyjnie oszlifowany kamień. Jeden nieostrożny ruch może spowodować jego pęknięcie. Czasami błąd lub nadmierny nacisk narzędzia powoduję bezpowrotne zniszczenie przedmiotu, któremu poświęciło się już wiele godzin pracy. Jubilerska robota – to synonim precyzji, miniaturyzacji i skomplikowania. Ale to także synonim piękna. Bo maleńkie przedmioty zbytku bywają prawdziwymi dziełami sztuki. Jubilerstwo to najszlachetniejsze z rzemiosł artystycznych. Tak było od zawsze. Przedmioty te powstają z chęci posiadania jednych i pasji tworzenia drugich. To właśnie pasja tworzenia dla niej samej jest jedną z wyróżniających cech człowieka. Mistrzowie złotnictwa z „Korna” zaspakajają potrzeby otaczania się pięknymi przedmiotami jednych i własną pasję tworzenia. Spotkanie klienta i złotnika prowadzi do powstania przedmiotu, który zależnie od gustu jednego, a biegłości manualnej i talentu drugiego, może, i chyba powinien, stać się prawdziwym dziełem sztuki.

Stając przed witryną sklepu jubilerskiego podziwiamy biżuterię. Ale w pełni ocenimy jej wartość dopiero wtedy, gdy będzie nam dane prześledzić cały skomplikowany proces jej powstawania w zaciszu złotniczej pracowni. Od pierwszych szkiców projektowych do finalnego dzieła zamkniętego w eleganckim pudełeczku.

 Koniecznie przeczytaj całe sierpniowe wydanie magazynu antidatum.

Andrzej