okuninka_1

 

U nas na Lubelszczyźnie duże akweny wodne są raczej dobrem deficytowym a jedną z największych letnich atrakcji jest przecież moczenie się w wodzie, albo leżenie nad nią. Lublinianie wymyślili więc sobie Zalew Zemborzycki, przegrodzili Bystrzycę i teraz mają dla siebie większy kawałek wody. Nie wszystkich to jednak satysfakcjonuje, bo ilu ludzi może się nad tą wodą zmieścić? Tam, gdzie to możliwe, brzegi zostały zagospodarowane i zabudowane. Nie da się już zaspokoić potrzeby posiadania całkowicie własnego miejsca nad wodą. Ruszyliśmy więc w poszukiwaniu nowych przestrzeni życiowych, no i padło na Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie. Duża grupa zróżnicowanych jezior, otoczonych często lasami, niektóre ukryte wśród niemal dziewiczych łąk i bagien. Niestety o walorach przyrodniczych kilku z nich, tych najbardziej popularnych, można dziś już mówić tylko w czasie przeszłym. W epoce socjalizmu powstawały nad nimi ośrodki wypoczynkowe licznych wtedy zakładów pracy. Zasiedlały co bardziej atrakcyjne miejsca wzdłuż ich brzegów, a i osobnik indywidualny, ten gorszy element socjalistycznego społeczeństwa, także miał różne możliwości zaspokojenia swoich potrzeb. Gorzej sytuowani, albo mniej przedsiębiorczy zabierali ze sobą namiot i na dziko, albo w miejscu do tego przeznaczonym, rozbijali obóz. Ci z bardziej rozwiniętą potrzebą posiadania własności lub bardziej zasobni, kupowali działkę nad jeziorem i budowali własny domek. Działka obok działki, domek obok domku i powstały osiedla z uliczkami i sezonową infrastrukturą. Ich mieszkańcy teraz mają taką oto odmianę, że zamiast warkotu samochodów słyszą warkot kosiarek, obrabiających niewielkie, ale za to liczne trawniki. Natomiast zapach pobliskich lasów i skoszonych łąk – jeśli ktokolwiek jeszcze je kosi, niemal nie jest w stanie przebić się przez swąd przypalonej kiełbasy i innych wytwornych wiktuałów przyrządzanych na grillu. Jest to w sezonie jeden z najbardziej powszechnie uprawianych w naszym kraju sportów. Na tyle dostępny, że można go kultywować nawet na balkonie 10-piętrowego bloku.

Jednak gdy kończy się sezon, przychodzi jesienna szaruga, nagle wymierają te letnie miasta, aglomeracje, osiedla. Już tylko co bardziej wytrwali, głównie właściciele działek i domków, przyjeżdżają na jeden lub dwa weekendowe dni. Poza tym panuje pustka. Im głębiej w jesień, a potem w zimę, tym gorzej. Po wyjeździe grzybiarzy spadają ostatnie liście, krajobraz traci kolory i świat roztapia się we wszystkich znanych odcieniach szarości.

Ciąg dalszy artykułu pzreczytasz w najbliższym wydaniu magazynu antidatum, które ukarze się 20 marca 2016.

Łucja