ebel_2

 

Siedzę przy biurku z rękami na klawiaturze. Spoglądam na lewy nadgarstek – zegarek, na prawy – to samo. Czyżby z powodu natłoku pilnych obowiązków, takie ubezpieczenie, aby czegoś nie przeoczyć? Nic podobnego! Rano naszła mnie ochota na zielone. Tuż przed wyjściem do pracy otworzyłem szufladę i patrzę! Leży sobie Roamer, pewnie smutny, nie nosiłem go już kilka miesięcy. Zaniedbany – zrobiło mi się żal, przecież trzeba je wszystkie obdzielać uczuciem po równo. Założyłem na rękę, mimo, że nie pasował do dzisiejszego ubrania ani kolorem paska, ani charakterem. A obok Ebel, jeszcze dłużej nie noszony. W dodatku ma tak piękny pasek w kolorze soczystej zieleni, jakby żywcem przeniesionej z czerwcowego ogródka. Taki to od razu poprawi nastrój! Niewiele myśląc zrobiłem dla niego miejsce na drugim nadgarstku. Pod mankietem koszuli i tak nikt go nie zauważy. Bo przecież zegarki na obu rękach to u nas dziwactwo. Tylko Włosi obnoszą się z tym bez większych oporów. Czasami są nimi tak obładowani, jak tablica rozdzielcza samolotu. My jednak nie przejawiamy ani takiego upodobania do czasomierzy, ani też nie hołdujemy włoskiej estetyce. Obciągnąłem więc starannie mankiety i poszedłem do pracy. I rzeczywiście, nikt nawet nie zauważył mojego instrumentarium. A ja od czasu do czasu mogłem zerkać na prawy nadgarstek dokładniej lustrując wszystkie – głównie estetyczne – przymioty mojego Ebla. Chociaż to marka uznana i bardzo lubiana przez zegarkomaniaków, mój swoim stylem zupełnie odbiega od charakterystycznych kształtów współczesnych modeli. Pochodzi z lat pięćdziesiątych, kiedy to zegarek wyglądał jak zegarek, musiał w miarę dokładnie odmierzać czas, być solidny, tak, aby posłużył długie lata – najlepiej dziesięciolecia. Markę rozpoznawało się przede wszystkim po logo i nazwie na tarczy. Dopiero potem na masową wręcz skalę za ich projektowanie wzięli się designerzy. Wymyślili też nowe kształty dla Ebla. W moim egzemplarzu markę identyfikuje jedynie nazwa naniesiona prostym krojem liter na tarczy i maleńka literka „E” na koronce, której i tak nikt nie zauważy. Reszta jest typowa dla dominującej w tym okresie stylistyki. Prosta, okrągła forma koperty, uszy średniej długości. Lekkie fazowanie płaszczyzn dziś już straciło swą wyrazistość. Krawędzie zatraciły ostrość na skutek długoletniego użytkowania. Zegarek jest stalowy, ale i ten wytrzymały materiał pokryła sieć drobniutkich rysek. Patynę czasu dostrzegamy również na tarczy, głównie w jej kolorycie. Szlachetny oliwkowy odcień jest wynikiem procesów starzenia się. Pierwotnie tarcza musiała być srebrzysta. Nie  ma na niej żadnych mechanicznych uszkodzeń, co ważne, bo nic nie zakłóca estetyki, wyjątkowego w swej minimalistycznej prostocie rozwiązania. Mamy tu jedynie liczbę 12 u góry i ostre, klinowate indeksy na oznaczenie pozostałych godzin. Podziałkę minutową wyznacza równy rząd lekko wypukłych perełek, tworzących zewnętrzny obrys tarczy. Indeksy godzinowe także są wypukłe i polerowane. Na tarczy dzieje się niewiele więcej. Pod dwunastką nazwa EBEL, na samym dole , już niemal pod ramką mikroskopijny napis SWISS. Wskazówki jak sztylety z polerowanej stali w typie „dauphine”, doskonale korespondują z kształtem indeksów godzinowych. Zwolennik estetyki współczesnych zegarków powie – nuda!!! Ja uważam, że wręcz odwrotnie. To kolejny przykład na to, że mniej znaczy więcej! Kolorystycznie i plastycznie to przykład wzornictwa wręcz doskonałego. W profilu bocznym widzimy płynną linię łukowato opadających uszu, co użytkowo daje efekt doskonałego dopasowania do nadgarstka. Dostęp do mechanizmu zamyka płaski, zakręcany dekiel, opatrzony stosownymi numerami i napisami. Dekiel – kiedyś wodoszczelny, skutecznie bronił dostępu do mechanizmu wszelkich szkodliwych czynników, bo zachował się on w stanie nienagannym. Choć prosty, cechuje się jednak pewnym technicznym wyrafinowaniem, urządzenie antywstrząsowe – „incabloc” ma nie tylko na balansie, ale i na osi koła wychwytu. Mechanizm, mimo swego wieku, może pochwalić się dużą precyzją chodu. A rozmiary? 35 mm to zbyt skromnie jak na oczekiwania współczesnego użytkownika, ale w czasach swej młodości był to zegarek całkiem słusznej postury.

Gdy w 1911 roku Eugene Blum zakładał firmę przyświecała mu idea konstruowania doskonałych czasomierzy. Ale chciał je także sprzedawać. Wymyślając nazwę nie był szczególnie oryginalny. Tworzyły ją własne inicjały i pierwsza litera panieńskiego nazwiska żony: Eugenie Blum et Levy – EBEL, brzmiało krótko i łatwo wpadało w ucho. To doskonały przepis na identyfikację firmy. Przedsiębiorstwo i jego produkty szybko stały się rozpoznawalne, gdy już w 1914 roku zdobyło złoty medal na Szwajcarskiej Wystawie Narodowej. Aby przebić się na trudnym rynku Eugene musiał dużo podróżować, zachwalając zegarki nowej marki. W tym czasie żona doglądała całości interesów i zajmowała się nowymi projektami. Małżeństwo stworzyło firmę rodzinną i utrzymała ona taki charakter przez kilkadziesiąt lat. W roku 1929 przejął ją syn Charles, a w 1970 jego syn Pierre-Allain. Ten z racji swoich zainteresowań marketingiem odświeżył produkty, wprowadzając całą gamę nowych modeli zróżnicowanych w swej formie. Pod koniec lat 70-tych dobrze prosperująca manufaktura nabyła w La Chaux de Fonds willę zaprojektowaną przez Le Corbusiera, jednego z najsłynniejszych twórców architektury współczesnej, urodzonego zresztą w tym mieście. Pierre-Allain wykorzystał ten fakt do stworzenia projekt „Architekci czasu”. Skojarzenie architektury i czasu dało efekt w postaci kilku nowych linii zegarków. Wtedy właśnie zegarki Ebla nabrały oryginalnych, wyróżniających kształtów. Pierwszą kolekcją, która odniosła duży sukces była linia Sports, kontynuowana do dzisiaj jako Sportwave z charakterystyczną bransoletą o falistym kształcie ogniw. Potem wymyślono linię Beluga, w różnych kształtach i rozmiarach, ale zamykających się w motywie dwóch skierowanych ku sobie łuków. To chyba najbardziej „architektoniczny” model Ebla. Pojawiła się cała gama modeli biżuteryjnych, i to zarówno damskich, jak i męskich. Jednak dla prawdziwych miłośników marki znakiem rozpoznawczym jest koperta zamykająca się w kształcie sześciokąta o płynnie zaokrąglonych rogach i umieszczonych w nich wkrętach o obłych łebkach. Modele te posiadają różne komplikacje, i choć wykonane w wielu materiałach – od platyny, przez złoto we wszystkich kolorach, po stal, cechują się podwyższoną wodoszczelnością, dzięki zastosowaniu uszczelek, występujących pomiędzy elementami trzyczęściowej, skręcanej koperty. Sprawdza się w nich zasada, że zegarek będąc wyrobem luksusowym, może być jednocześnie pełnowartościowym instrumentem pomiarowym, głównie używanym do celów sportowych. Na targach w Bazylei w 1984 roku Ebel zaprezentował model Beau, w który zastosowano kaliber El Primero firmy Zenith – chronograf z automatycznym naciągiem. Natychmiast posypały się tak liczne zamówienia, że firma musiała zaspokajać je przez kolejne półtora roku. W następnym roku Pierre-Allain podpisuje umowę z  Cartierem. W zakładach Ebla powstają zegarki pod szyldem tej słynnej paryskiej marki jubilerskiej. W 1986 roku świętowano 75-lecie istnienia firmy, co zostało uczczone nowym modelem zegarka o nazwie „1911”, ale też specjalnie okazałą oprawą stoiska na kolejnych targach w Bazylei. Pawilon Ebla otrzymał kształt świątyni greckiej – wyraźny ukłon w stronę projektu „Architekci czasu”. Określenie to stało się też głównym sloganem reklamowym. Motywy architektoniczne w oprawie stoisk targowych Ebla będą stałym elementem identyfikacji wizualnej firmy, np. w 1996 roku, paryski architekt Thierry Conquet nadał mu kształt amerykańskiego klubu. Mimo pogarszającej się kondycji finansowej firmy – w 1992 roku mówiło się o jej niewypłacalności, pełną parą szły prace nad zaprojektowaniem i produkcją własnego mechanizmu chronografu z automatycznym napędem. Zastąpił on zenitowski El Primero. Napędzał m.in. Le Modulor, moim zdaniem najpiękniejszy model stworzony w firmie. Była to limitowana seria 499 złotych egzemplarzy. Ebel niestety przestała być firmą rodzinną, został przejęty przez Investors Corporation, skupiającego takie marki jak Breguet, Lemania, Gucci. Nowy właściciel zachował na szczęście cały dotychczasowy dorobek marki, kontynuował produkcję tak charakterystycznych i dobrze sprzedających się modeli oraz linii. Później zmiany właścicielskie poszły jeszcze dalej, ale jeśli chodzi o modele wciąż dominują charakterystyczne kształty sześciokąta ze śrubami, płynne łuki linii Beluga. Nie wiem tylko, czy marka ma wciąż ambicje opracowanie własnych kalibrów. Związki z architekturą są wciąż podtrzymywane – jeden z nowszych modeli „Brasilia”, dedykowany jest kolejnemu geniuszowi architektury współczesnej Oskarowi Niemeyerowi.

Chociaż mojemu egzemplarzowi Ebla daleko do wyrafinowania kształtów jego dużo młodszych braci, cenię go za niezawodność i powściągliwą elegancję. Gdy powstawał, firmą zarządzało pokolenie nastawione na produkcję zegarków maksymalnie doskonałych. Główną strategią marketingową było śrubowanie jakości. To miało przekonywać klienta do zakupu. Dopiero ostatni przedstawiciel rodziny postawił także na estetyczne wyrafinowanie i mocną identyfikację wizualną. Spoglądam na nadgarstek, ostre stalowe wskazówki przesuwają się nad lekko oliwkową tarczą. Jej zielonkawe tony wydobywa soczysty pasek w kolorze świeżego ogórka. I ten zielony akcent działa na mnie jak łyk mocnej kawy w mglisty listopadowy poranek.

Andrzej