ruhla_5

 

To już wiadomo, o czym będzie kolejny odcinek cyklu zegarkowego. Na początek podeprę się literaturą, ale nie tą fachową – zegarmistrzowską, tylko piękną. Jak wielu z nas, także i ja uległem urokowi książki Antoniego Libery „Madame”. Otóż jej bohater, za jedną ze swych prób teatralnych otrzymuje pierwsze wyróżnienie, któremu oprócz wyrazów najwyższego uznania towarzyszy nagroda rzeczowa ufundowana przez przewodniczącego jury – zegarek marki Ruhla. Nasz bohater jednak się z niej nie cieszy, wręcz przeciwnie. Odbiera ten upominek jako rodzaj najwyższego upokorzenia. Moglibyśmy zapytać, dlaczego? Nagroda rzeczowa to nagroda, ważniejsza jest intencja niż materialna lub użytkowa wartość upominku. Aby nam, czytelnikom, którzy już oderwali się od epoki i realiów, w których żył bohater, wytłumaczyć przyczyny tak negatywnej reakcji młodego licealisty, Libera tak charakteryzuję zegarek Ruhla. Ten produkt enerdowskiej myśli technicznej …”był w owym czasie najtańszym – i to uderzająco – dostępnym zegarkiem w Polsce. (…) Niestety, niestety w ślad za ową podejrzanie niską ceną szła niebywale niska jakość. Ruhle psuły się na ogół już po kilku tygodniach użytkowania, a co jeszcze zabawniejsze – nigdy nie chodziły punktualnie. Ich niefortunni posiadacze zawsze mieli je nastawione o ileś minut naprzód lub i w celu ustalenia aktualnej godziny dokonywali skomplikowanych przeliczeń.(…) Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze sprawa samej nazwy, a ściślej – jej pisowni. Odczytywana po polsku, bez uwzględnienia reguł niemieckie wymowy, mieniła się pewną dwuznacznością, co stanowiło niewyczerpane źródło uciechy pospólstwa. Krótko mówiąc, publiczne obdarowanie mnie tym osławionym cudem techniki enerdowskiej (…) upokarzało mnie w sposób nieznośny”. W drodze powrotnej do domu bohater wymyśla plan pozbycia się zegarka, który nie tylko uwolni go od przedmiotu w tak dojmujący sposób budującego negatywne skojarzenia. Przedmiotu, który dla nieco afektowanego, nadwrażliwego młodzieńca stał się synonimem klęski i upokorzenia. Postanawia dokonać spektakularnej egzekucji czasomierza. „Wyjąłem zegarek z celofanowej torebki, rozciągnąłem w dwie strony jasnobrązowe paski i – cyferblatem do góry – ułożyłem go na tramwajowej szynie. Cykał głośno, wskazując punktualnie godzinę dziewiątą. Cofnąłem się kilka kroków i usiadłem na pobliskiej ławce. Po paru minutach nadjechała piętnastka – zmierzająca w kierunku Śródmieścia. Rozległ się krótki trzask, powtórzony jak echo przez kolejne koła wagonów. Wstałem i na powrót podszedłem do miejsca kaźni. Na lśniącej szynie leżał sprasowany metalowy krążek inkrustowany jak mozaika drobinami szkła, ujęty z dwóch stron w stwardniałe zaskakująco rzemyki ze skaju. Podniosłem tę martwą, zmumifikowaną niejako formę i przyjrzałem się jej z ciekawością. Cały mechanizm stopiony był w jedną, zbitą masę, bez śladu wskazówek, bocznego pokrętła, ani jednej cyfry na tarczy. Jedynie gdzieś u góry, straszliwie zniekształcony, ledwo dający się rozpoznać, niemniej widoczny w mętnym świetle latarni, błyszczał srebrnymi literkami niepokonany napis Ruhla”.

Ja także jestem posiadaczem jednego egzemplarza tego cudu enerdowskiej techniki. Nabyłem go nie dlatego, że cenię sobie niemieckie zegarmistrzostwo tamtej epoki. Ujął mnie stanem zachowania. Niemal zupełnie nie widać na nim śladów użytkowania. Teraz już wiem dlaczego. Dokładnie odzwierciedlają to słowa Libery. Zapewne jego nabywca już po pierwszym nałożeniu na rękę i nakręceniu koronki przekonał się, że na jego wskazaniach nie można polegać. Bo zegarek, choć jak nowy, działa w nie dający się przewidzieć sposób. Raz przyspiesza, innym razem opóźnia. Próby regulacji mechanizmu nie zmieniają tego stanu. Ale cyka zadziwiająco głośno. Może więc po kilku pierwszych próbach uznany został za całkowicie nieprzydatny do odmierzania czasu i nim zdążył go nadszarpnąć ząb czasu, powędrował do szuflady. Ale mogło być zgoła odmiennie. Zachował się tak dobrze, bo był cenną pamiątką, śladem ważnego wydarzenia i jego symboliczna wartość była dużo wyższa, niż praktyczne przeznaczenie. Mógł być nagrodą, tak jak w powieści Antoniego Libery, ale odebraną jako wyraz najwyższego uznania, a nie przewrotny żart, który odbiera całą satysfakcję ze zwycięstwa. A może był prezentem komunijnym? W tamtych czasach w tym momencie życia dostawało się pierwszy własny zegarek. I ja też zostałem na Pierwszą Komunię obdarowany przez ojca chrzestnego zegarkiem – był rosyjski, całkiem punktualny. Nosiłem go aż do dorosłego wieku. Gdyby była to Ruhla pewnie posłużyłaby dużo krócej. Nie jestem pewny, czy wylądowała by w szufladzie, czy na śmietniku. Przedmioty mają swoje własne życie, własne losy. I choć te historie tworzą ludzie, to trudno doszukać się w nich jakiejś prawidłowości. Czasami obiektywnie cenne przedmioty potrafią ginąć bezpowrotnie, a udaje się przetrwać długie dziesięciolecia takim, które z założenia stworzono do ról epizodycznych.

Nie będę się dziś rozpisywał na temat historii firmy ani parametrów technicznych mojego zegarka. Włączyłem go do zbioru z całkiem innych powodów. Skoro już przetrwał w tak dobrym stanie wizualnym, to może warto przedłużyć to życie. Okres PRL-u cieszy się dziś coraz większym zainteresowaniem, a Ruhla jest jednym z symboli tej epoki. Nawet pasek starałem się dobrać tak, aby wpasował się w stylistykę „minionego okresu”. Podobnie w zdjęciach, postanowiłem wykorzystać akcesoria spójne stylistycznie. Nie chciałbym jednak wywoływać wrażenia, że polski Start to produkt tej samej klasy, co Ruhla. Było wręcz odwrotnie. Start był bardzo dobrym aparatem fotograficznym, którego używali nawet profesjonaliści. Jedyne powinowactwo, które łączy grupę tych przedmiotów, to czas i miejsce powstania oraz egzystencji – Demoludy. Bratnie kraje socjalistyczne wymieniały się swymi produktami budując najsprawiedliwszy z ustrojów. Symbolem tego braterstwa były też sztandarowe produkty. Powstała teoria, że legendarnych braci Słowian było czterech, czterech nie trzech. Byli to Lech, Czech, Rus i Enerdowiec. Jeśli ten ostatni wniósłby do wspólnoty w wianie jedynie Ruhlę, to trzeba by go uznać za wyrodnego brata, który podrzucił nam „kukułcze jajo”. Na szczęście kraje RWPG miały do wyboru jeszcze inne zegarki, a i sama Ruhla stworzyła w swej historii całkiem dużo bardzo udanych konstrukcji.

Koniecznie przeczytaj całe wrześniowe wydanie magazynu antidatum.

Andrzej