zen2

 

Ostatnio  napisałem o zegarku sportowym, który tylko co prawda z pozoru normy sportowca spełnia, ale przynajmniej na takiego wygląda. Dzisiaj dla równowagi pokażę egzemplarz, który na podstawie cech zewnętrznych uznać można za klasyczny garniturowiec. Chociaż obecnie nie obowiązują już żadne wyraźne rygory co do stylu zegarków i ich adekwatności do charakteru stroju oraz okazji, w których je zakładamy, to tradycjonaliści uznają potrzebę dostosowania formy zegarka do odpowiedniej sytuacji. Moim zdaniem, bardziej na miejscu jest założyć zegarek zwany garniturowym do luzackiego ubrania, niż odwrotnie – masywnego i przerośniętego nurka do nienagannie skrojonego garnituru w sytuacji formalnej. To tak jak z butami: czarne, gładkie oxfordy  doskonale będą komponowały się z przetartymi i wystrzępionymi jeansami, natomiast schodzone byty sportowe lub trapery z lekkimi garniturowymi spodniami już niekoniecznie. Chyba, że dorobimy do tego ideologię: przełamywanie konwencji, łamanie bzdurnych ograniczeń i temu podobne! W tej akurat materii wolę być tradycjonalistą i sztywniakiem, a co mi tam!

Niektórym z nas nazwa „zenit” kojarzy się z chińskimi piórami albo rosyjskimi aparatami fotograficznymi. I jedne i drugie były swego czasu bardzo popularne w Polsce. Na dodatek tradycyjne logo szwajcarskiej manufaktury zegarmistrzowskiej – pięcioramienna gwiazda, to skojarzenie jeszcze pogłębia. Jednak każdy, kto chociaż liznął odrobinę wiedzy o szwajcarskich zegarkach, wie, że firma Zenith w piramidzie prestiżu zajmuje jedno z najwyższych pięter.

Gdy kilkanaście lat temu rozpocząłem kolekcjonowanie zegarków, wyposażony w pewną – dziś wiem że znikomą wiedzę i kilka pierwszych egzemplarzy, mój wybór padł na Zenitha. Dlaczego?, trudno do końca wyjaśnić. I tak, po jakimś czasie była to najliczniejsza grupa czasomierzy jednej marki. Dzisiaj jest ona stosunkowo niewielka – swoje uczucia przeniosłem na inne firmy, ale wciąż posiadam kilka naręcznych egzemplarzy i jeden piękny kieszonkowy pękaty budzik z lat 20-tych XX wieku. Większość zegarków naręcznych pochodzi z lat pięćdziesiątych, pracują niezawodnie i noszę je przy różnych okazjach. Posiadają coś, za co Zenith ceniony był zawsze – solidne i precyzyjne mechanizmy z własnej manufaktury, ponadczasowy, a równocześnie łatwo rozpoznawalny styl. Firma nigdy nie szła na skróty, trzymała się przyjętych zasad i strategii, co powodowało, że nie produkowała zegarków ekstrawaganckich, ale zawsze solidne i nakierowane na optymalizację walorów użytkowych. Dopiero ostatnie dwadzieścia lat to epoka eksperymentów i poszukiwań – zwłaszcza stylistycznych, bo w kwestii mechanizmów firma pozostaje wierna swoim własnym, i często sprawdzonym w trwających kilkadziesiąt lat eksploatacji, rozwiązaniom. Najlepszym przykładem jest tu mechanizm „El Primero”. Wprowadzony do produkcji w 1969 roku, był pierwszym na świecie zintegrowanym mechanizmem chronografu z automatycznym naciągiem. Zrobił karierę napędzając najbardziej wyrafinowane modele Zenitha, ale też chronografy Rolexa. I do dzisiaj jest bazowym napędem zegarków Zenitha, nie tylko z klasycznymi licznikami chronografu, ale też najróżniejszymi dodatkowymi funkcjami, jak np. fazy księżyca i pełna data w modelu „Chronomaster”.

Manufakturę założył w 1865 roku, wówczas 22-letni Georges Favre-Jacot, w Le Locle w szwajcarskiej Jurze. Do dzisiaj ma tam ona swoją główną siedzibę. Wciąż istnieją zbudowane w XIX wieku hale, które musiały zaspokoić potrzeby szybko rozrastającej się produkcji. Obrastająca prestiżem firma nie musiała zmieniać lokalizacji, bo wraz z nią rosła też na mapie zegarmistrzowskiego świata pozycja maleńkiego Locle. Do dziś jest ono jedną ze stolic wysokiego zegarmistrzostwa, tu ma swoje fabryki wielu renomowanych wytwórców. Georges Jacot łączył w sobie dwie cechy: innowatora w dziedzinie mechaniki i przedsiębiorczego biznesmena. Dziesięć lat po założeniu Zenith zatrudniał jedną trzecią mieszkańców Le Locle i produkował niemal wszystkie rodzaje zegarów: kieszonkowe, ścienne, podłogowe, a nawet morskie zegary okrętowe. W 1896 roku  na krajowej wystawie w Genewie firmę nagrodzono złotym medalem, a w 1900 roku na wystawie światowej w Paryżu, Grand Prix za jakość i precyzję wyróżniono zegarek kieszonkowy Zenitha, wyposażony w mikro regulację własnej konstrukcji, tzw. wąs kapitana. Taki właśnie zegarek, zachowany w doskonałym stanie, posiadam.

Nie będę dalej rozwijał historycznych wątków. Mam nadzieję wrócić do nich przy okazji prezentacji kolejnych Zenithów. Egzemplarz, któremu chciałbym poświęcić odrobinę uwagi dzisiaj, powstał w latach pięćdziesiątych i jest jedną z wersji modelu „Pilot”. W tym wypadku nazwa jest nieco myląca, bo zegarek wygląda na bardzo grzecznego cywila. Nawet więcej, cechuje go niesłychana elegancja i stylistyczna finezja, co w wojskowych realiach uchodziłoby za kompletny brak męskości. Ale on się nie wzbija w przestworza. Lepiej czuje się na ziemi w towarzystwie jasnej koszuli i garnituru, bo do takich okazji pasuję najbardziej. Dość płaska stalowa koperta z klasycznymi uszami. Srebrzysta tarcza ze szlifem słonecznym dającym piękny połysk. Do tego nakładane, bardzo cienkie indeksy godzinowe i równie cienkie złote wskazówki. Wszystko bardzo uporządkowane i przejrzyste. Najmocniejszym akcentem na tarczy jest złota wypukła gwiazdka – logo. Pod nią napis ZENITH automatic. Poniżej osi wskazówek nazwa modelu PILOT. Grafikę tarczy dopełnia matowy pierścień z nadrukowanymi na czarno indeksami minutowymi. Cienki pręcik wskazówki sekundnika wręcz płynie po tarczy bez wyraźnych skoków. To zasługa szybkobieżnego (jak na owe czasy) mechanizmu automatycznego starszej konstrukcji – tzw. odbojowego. Ukrywa się on za zakręcanym deklem, którego konstrukcja zapewnia zegarkowi dużą szczelność. Mechanizmy te cechowały się wysoką precyzją i dużą odpornością na wstrząsy. Mój egzemplarz mimo kilku krzyżyków na karku wciąż ma kondycję nastolatka. Noszony przez kilka dni nie wymaga dokręcania – to zasługa wydajnego naciągu automatycznego. Precyzja chodu jest więcej niż zadowalająca – różnice to zaledwie kilka sekund na dobę. Osobom nieprzyzwyczajonym do tego typu konstrukcji, może przeszkadzać jedynie charakterystyczny dźwięk masy zamachowej napędu automatycznego, odbijającej się od sprężynek. Dzięki temu mechanizm się nakręca przy każdym ruchu nadgarstka.

Uwzględniając kanony współczesnej mody, wydaje się raczej mały – 34 mm średnicy, ale w latach 50-60 –tych był to normalny rozmiar zegarka męskiego. Jeśli traktujemy go jako zegarek noszony do garnituru, czyli na bardziej formalne okazje, to sprawdzi się doskonale. Jest, ale nie koniecznie rzuca się w oczy. Na odpowiednim pasku stanowi istotne dopełnienie stylistyczne, ale jest bardziej dla właściciela, niż otoczenia. Jeśli komuś taka dyskrecja mojego Zenitha nie odpowiada, to może założyć zegarek amerykańskiego rapera. Pół kilogramową bryłę złota na bransolecie, z koroną Rolexa na tarczy i wianuszkiem brylantów w roli indeksów godzinowych. Oczywiście są jeszcze warianty pośrednie.

Andrzej