W poprzednim numerze w ramach cyklu zegarkowego rozpocząłem prezentację moich Zenitów. Dzisiaj przyszła kolej na weterana II Wojny Światowej. Nie musi tułać się po frontach, nie odmierza czasu w okopach. Najczęściej leży na kawałku miękkiej irchy w czystym pudełku, a dwa trzy razy w miesiącu zakładam go na nadgarstek. Chętnie robiłbym to częściej, ale przecież się nie rozerwę. Muszę obdzielać uczuciami jeszcze inne, równie lubiane egzemplarze.

Mimo, że to weteran i jest już pod osiemdziesiątkę, to trzyma się świetnie. Pewnie jak o naszych dziadkach, można o nim powiedzieć, że to całkiem inny materiał genetyczny. Nie wiem, czy uprawnione jest twierdzenie, że przed wojną wszystko było lepsze, ale jeśli miałbym to oceniać po kondycji tego Zenitha, to należałoby się zgodzić. Wszystko, poza koronką jest oryginalne i w doskonałym stanie.

Zegarek ma średnicę 35 mm – to nie jest mało jak na zegarki wojskowe tamtej epoki, poza lotnikami oczywiście. Mam kilka innych militarnych egzemplarzy z tego okresu, niektóre nie mierzą więcej niż 32-33 mm. Mój Zenith ma piękną stalową kopertę i taki sam zakręcany dekiel, a na nim wybite numery służbowe. Koperta została wypolerowana zbyt precyzyjnie przez jego poprzedniego właściciela i mnie razi swą zbytnią gładkością. Jeśli wojskowy zegarek jest stary, to powinno być to widoczne. W końcu nie jedno przeszedł. Posiadam go już ponad dziesięć lat i poza okresową konserwacją nie wymagał poważniejszych interwencji zegarmistrzowskich. Nie eksploatuję go przesadnie intensywnie, jak robił to pewnie pierwszy właściciel, którego w niektórych przypadkach daje się zidentyfikować po wspomnianym wyżej numerze służbowym. Uważam, że z racji funkcji, którą pełnił oraz deklarowany już przeze mnie sentyment do zenitów, należy mu się odrobina troskliwości. Tarcza, jak na zegarek wojskowy przystało, jest wręcz wzorcowo czytelna. Matowo czarna, z dużymi arabskimi cyframi i wypukłymi kropkami indeksów godzinowych z masy fluorescencyjnej. Dwie proste szkieletowe wskazówki, także z fosforyzującym wypełnieniem. Wszystko to razem powoduje, że czas można było precyzyjnie odczytać i w dzień i w nocy. Między osią wskazówek a godziną szóstą znajduje się mały sekundnik, jego cieniutka wskazówka czytelna jest tylko w świetle dziennym. Jest dokładnie tak, jak w reklamie, którą znalazłem w niemieckim czasopiśmie fachowym „Uhrmacherkunst” z 1941 roku, zachwalającej czytelność zegarków pokrytych masą świecącą: Das nachtleuchtende Zifferblatt mit „Maier`s Leuchtmassen” ist auch im Kriege unentbehrlich. Wszystkie te cechy obok precyzji i niezawodności mechanizmu decydują o wartości użytkowej zegarka tak na wojnie, jak i podczas pokoju. Być może, niektórych będzie razić jego oszczędna, wręcz surowa stylistyka. Ale dostrzeżemy jednocześnie zbieżność z wysoko cenionym obecnie minimalizmem.

 Noszę go na pasku Morellato z półmatowej świńskiej skóry o wyraźnej fakturze, z mocnymi białymi przeszyciami. Charakter zegarka i jego pierwotna funkcja wymagały paska wyrazistego, o sportowych cechach, ale jednocześnie chciałem uniknąć totalnie militarnego wyglądu. Noszę go do ubrań mniej zobowiązujących i sportowych. Dzięki monochromatyczności i stylistycznej oszczędności, można zestawiać go z każdym kolorem.

 Duży balans zamknięty w szczelnej stalowej puszce koperty brzmi czystym, metalicznym dźwiękiem – to jest jak dobra muzyka. Ani jednego fałszywego tonu. Świecące w ciemności kropki indeksów godzinowych i wędrująca powoli wskazówka minutowa, przy odrobinie wyobraźni pozwolą nam się przenieś w zimne okopy pod Moskwą, czy gorące piaski Sahary. Cóż, to nie zegarek wybierał sobie właściciela tylko odwrotnie. A Niemcy zawsze umieli docenić doskonałą technikę. W takich okolicznościach też wybrałbym Zenitha.

Andrzej