zbieg_1

 

Zbieg w ostatnich tygodniach w pocie czoła pracował na swój pseudonim. Liczne podróże, głównie służbowe, a w międzyczasie także biegowe były okazją do zebrania cennych doświadczeń i wielce pożytecznych obserwacji różnego rodzaju. Wyzwania logistyczne dały możliwość sprawdzenia swojej odporności psychicznej, przesunięcia granicy między tym, co możliwe a tym, co niewykonalne.

Zakazany maraton

Udział w poznańskim maratonie 11 października był przedsięwzięciem z gatunku „na krawędzi”. Stało się tak z kilku powodów. Wprawdzie od zmagań we Wrocławiu minął miesiąc (są tacy, którzy potrafią królewski dystans pokonywać dzień po dniu), jednak życzliwe mi osoby odradzały występ w Poznaniu nazywając go oględnie nierozsądnym. Pomimo tych ostrzeżeń z uporem dążyłem do realizacji projektu pt. 16. Poznań Maraton. Jak się okazało, chęci to nie wszystko. Moja determinacja została poddana ciężkiej próbie. Trzydzieści dni dzielące maraton we Wrocławiu od maratonu w Poznaniu wydawało się czasem wystarczającym aby się porządnie zregenerować i przede wszystkim rozbiegać przed kolejnym wyzwaniem. Okres odpoczynku wskutek wyjazdów i rozmaitych życiowych zawirowań nieco się wydłużył. Późniejszy, entuzjastyczny (może aż nazbyt) powrót do treningów doprowadził natomiast do kontuzji – niegroźnej na szczęście, jak miało się okazać. Efektem szarpanej, dość nietypowej, ale zawsze intensywnej aktywności fizycznej, były obolałe mięśnie jeszcze na kilka dni przed startem w Poznaniu. Inne zadania, jakie czekały mnie bezpośrednio przed 42-kilometrowym biegiem nad Wartą utrudniły zarówno zdrowy sen, jak i właściwe odżywianie oraz suplementację. Ze względu na nawał obowiązków pewne sprawy zwyczajnie zaniedbałem. W hali Międzynarodowych Targów Poznańskich pojawiłem się w niedzielę już o 7.30 mocno niewyspany i lekko przybity. Najgorsze było jednak to poczucie, że nie dostarczyłem organizmowi wystarczającej ilości węglowodanów. Poważnie obawiałem się odłączenia zasilania w krytycznym momencie biegu. Na godzinę przed strzałem startera ratowałem się jeszcze bananem i energetycznymi żelkami (wyjątkowo obrzydliwymi), które otrzymałem gratis przy zakupie niemniej obrzydliwych żelów zapewniających energię biagaczom. Po pozbyciu się niechlubnych myśli dałem się ponieść atmosferze ogólnej ekscytacji i powoli wprowadziłem swój umysł w nastrój bojowy. Myśląc o tym, jaki jestem twardy, dzielny i w ogóle niepokonany (czemu towarzyszył charakterystyczny sprężysty krok i większe niż zwykle odchylenie rąk od tułowia) udałem się w stronę wyjścia do strefy startu. Zimno, jakie uderzyło mnie tuż za wyjściowymi drzwiami okazało się tak silne, że nie zastanawiając się nawet przez chwilę rozpocząłem histeryczną rozgrzewkę. W ogóle nie myślałem o tym, ile czasu powinienem truchtać, ile poświęcić na pozostałe ćwiczenia i rozciąganie. Wiedziałem, że po prostu nie mogę przestać się ruszać, że powinienem skupić się tylko na tym, żeby rozgrzać dygocące ciało. Nie byłem jedyny, w okolicach startu wielu biegaczy nerwowo truchtało tam i z powrotem intensywnie wymachując rękami, a czasem nawet na siebie nawzajem wpadając, co wyglądało dość komicznie. Z pomocą przyszli niezawodni organizatorzy, którzy zaproponowali bardzo energetyczny rozruch przed biegiem. Były więc podskoki, wygibasy i dzikie wrzaski, a wszystko w takt dynamicznej muzyki. Było dowcipnie i wesoło, a w odpowiednim momencie stało się także podniośle. Trzeba zresztą przyznać, że klimat w Poznaniu, pomimo niskiej temperatury był naprawdę gorący. Obawy przed wymagającym biegiem zniknęły tuż przed wystrzałem pistoletu startowego. Miały powrócić dopiero (albo już) na 15 kilometrze.

Pierwotne założenie było takie by potraktować zawody rekreacyjnie, przede wszystkim jako okazję do testowania różnych rozwiązań na trasie, np. sposobów odżywiania. Rzecz jasna nie wykluczałem także dobrej zabawy. Ostatecznie wiele czynników złożyło się na to, że bieg, który miał być spokojnym spacerem przerodził się w morderczą walkę. Duży wysiłek włożony w samo pojawianie się na starcie sprawił, że już nie byłem w stanie odpuścić, ale przeciwnie – chciałem dać z siebie wszystko, sprawdzić gdzie aktualnie znajduje się moja granica wytrzymałości. Skoro już dotarłem do Poznania, to przecież nie po to by truchtać w komfortowym tempie. Czułem też chyba pewien niedosyt po maratonie we Wrocławiu. Chociaż z osiągniętego tam wyniku byłem bardzo zadowolony, to jednak po głowie kołatała się myśl, że mógłbym szybciej. To poczucie nie dawało spokoju. Być może w stolicy Dolnego Śląska pobiegłem jednak zbyt ostrożnie? W ostatniej niemal chwili przed startem 16. Poznań Maratonu postanowiłem, że spróbuję uwinąć się w czasie krótszym niż 3:10. Przy takim planie należało trasę liczącą nieco ponad 42 kilometry przebiec o ok. 6 min. szybciej niż we Wrocławiu. Wystrzał pistoletu startowego, muzyczny motyw z „Rydwanów ognia” i zaczęło się.

W poszukiwaniu straconego czasu

Ruszyłem energicznie, tak jak planowałem. Miałem wrażenie, że na pierwszych kilometrach trasa wiodła wyłącznie z górki. Starałem się to wykorzystać stale wyprzedzając kolejnych zawodników i wypracowując sobie pozycję gdzieś między pacemakerami (zającami) na 3:00 i 3:15. Początkowo wszystko szło świetnie. Biegło się lekko, przyjemnie, temperatura była idealna i nie żałowałem już, że nie założyłem cieplejszych ubrań. Niestety już na 15 kilometrze poczułem pierwszy kryzys. Wtedy moje kończyny dolne wysłały pierwszy sygnał, że nie będą zdolne utrzymać takiego tempa przez 42 kilometry, a tym samym sprostać ambitnym planom, jakie w ostatniej chwili postanowiłem realizować. Stopniowo traciłem moc. Do półmetka dotarłem z około trzema minutami straty względem upragnionego wyniku poniżej 3:10. Nadal istniała szansa, że to nadrobię, jednak wkrótce musiałem pogodzić się z tym, że zaczynam tracić moc. Biegło się coraz trudniej, zwłaszcza, że podbiegi na trasie stawały się coraz bardziej strome i każdy kolejny zdawał się dłuższy. Nadal jeszcze nie widziałem za swoimi plecami baloników z napisem 3:15, więc nie było najgorzej. Ciągle liczyłem na przełamanie kryzysu, odrodzenie i łatwiejsze odcinki trasy, gdzie będę mógł nieco nadrobić stracony czas. Kiedy dobiegałem do Jeziora Maltańskiego, które zostało zaledwie liźnięte przez niekończący się strumień biegaczy, dogonił mnie energicznie prący naprzód pan z balonikiem na 3:15. Zdziwił mnie fakt, że zawodnik biegł zupełnie sam mimo, że pacemakerzy zwykle gromadzą wokół siebie całe grupy biegaczy dążących do osiągnięcia wymarzonego rezultatu. Przez chwilę przy ogromnym wysiłku trzymałem się zająca – outsidera. Nie byłem jednak w stanie dłużej utrzymać jego tempa i dlatego wkrótce obserwowałem smętnie oddalający się balonik. Na ostatnich kilometrach trasy (gdzieś około 37 km) organizatorzy przewidzieli atrakcję w postaci przebiegnięcia przez INEA Stadion na ul. Bułgarskiej. Klimat ogromnego stadionu, widok własnej sylwetki na telebimie wcale nie zadziałały motywująco, zwłaszcza, że sylwetka ta była już przygarbiona i nie przypominała postawy zwycięzcy. Każdy kolejny krok przynosił ból. Bolały łydki i ogromny pęcherz na prawej stopie. Tempo zaczynało spadać do żenującego 5 min./km, a nawet słabiej. Wyprzedzali mnie kolejni biegacze, co było bardzo deprymujące. Oni lepiej rozłożyli siły. Niektórzy, jak mi się wydawało, znacząco przyspieszyli w drugiej połowie dystansu. Wciąż jeszcze miałem nadzieję, że ukończę zawody w czasie nie dłuższym niż 3:15 i tym samym choćby minimalnie poprawię życiowy rekord. Na ok. 4 kilometry przed metą dogoniła mnie właściwa grupa biegnąca z zamiarem złamania 3:15. Wyglądali świetnie. Pewnie parli do przodu pracując rękami niczym tłokami. Sięgnąłem do najgłębszych rezerw energii. Nie wiem właściwie, skąd wydobyłem siły by podczepić się pod tę grupę i dotrzymać jej kroku. Wiem jednak, że na długo tych sił nie wystarczyło. Baloniki zaczęły się wolno oddalać. Podczas wewnętrznego monologu starałem się użyć najsilniejszych argumentów by zmusić się do szybszego biegu na tym ostatnim odcinku. Na próżno. Kolejni biegacze wyprzedzali mnie nad wyraz energicznie. W ostatnim punkcie odżywiania na 40 kilometrze zrezygnowałem z banana mimo, że byłem głodny jak wilk. Ostatni kilometr ciągnął się w nieskończoność. Na ostatnich metrach, kiedy wreszcie ujrzałem iglicę MTP udało mi się tylko nieznacznie przyspieszyć. Ostatecznie ukończyłem maraton poznański z czasem 3:17:36. Nie najgorzej, chociaż ochotę miałem na znacznie lepszy wynik. Końcówkę tego biegu z pewnością długo będę pamiętał.

Mówi się, że na długich dystansach kluczową rolę odgrywa psychiczna odporność. W pewnym stopniu można się z tym zgodzić. Nawet najmocniejsza głowa nie wygra jednak z niedostatkami w treningach, czy brakiem energii. W Poznaniu zawzięcie próbowałem przeskoczyć pewien etap i wskoczyć na kolejny, wyższy poziom maratońskiego biegania. Było na to jeszcze zdecydowanie za wcześnie.

Po prysznicu, skromnym posiłku regeneracyjnym i zasłużonej szklanicy piwa przyszedł czas by udać się na dworzec PKP, skąd miał odjechać pociąg do Lublina. Powrót do domu nie miał należeć do szczególnie komfortowych. Ponieważ pociąg jadący ze Szczecina był szczelnie wypełniony kibicami udającymi się na mecz reprezentacji Polski z Irlandią, pozostały jedynie miejsca stojące. Dzięki temu mogę dziś powiedzieć, że w jakiś sposób uczestniczyłem w tym ważnym wydarzeniu dla polskiej piłki. Kiedy pociąg opuszczał stację Warszawa Wschodnia i mogłem wreszcie usiąść w opuszczonym w pośpiechu i zaśmieconym przedziale, do głowy przyszła mi myśl, że maraton nie zawsze kończy się po 42 kilometrach i 195 metrach.

Koniecznie przeczytaj całe październikowe wydanie magazynu antidatum.

(Z)bieg lubelski