duathlon_4

 

Od refleksyjności do nadpobudliwości biegacza

Pamiętam początki swojej przygody z bieganiem. W związku z zakończeniem pewnego etapu w życiu miałem dość dużo czasu. Był to jeden z nielicznych momentów, charakteryzujących się względnym spokojem ducha – czas sprzyjający snuciu planów, podejmowaniu nowych inicjatyw i wyzwań, czas zmian ale chyba przede wszystkim rozwijania zaniedbywanych sfer życia. Tak się złożyło, że w moje ręce trafiła wówczas książka Haruki Murakamiego pt. O czym mówię kiedy mówię o bieganiu. Do tamtej pory miałem okazję poznać tylko kilka książek tego autora. Ta pozycja mnie zaintrygowała, ponieważ moje wyobrażenie na temat japońskiego pisarza dalekie było od wizji biegacza pokonującego dziesiątki kilometrów tygodniowo. Byłem przekonany, że tak wysoce surrealistyczne, ocierające się niejednokrotnie o granice absurdu teksty może tworzyć tylko facet z papierosem w ustach i szklaneczką whisky w dłoni. Nawet jeśli w jakimś okresie życia nawyki Murakamiego odpowiadały mojemu wyobrażeniu o nim, to pisarz, którego poznałem podczas lektury książki był już zupełnie innym człowiekiem. Z kolejnymi stronami tej autobiograficznej powieści stopniowo dojrzewało we mnie postanowienie, że muszę spróbować biegania. Tak też uczyniłem.

Swoje pierwsze w życiu dobrowolnie przebiegnięte kilometry pokonywałem na Węglinie w butach za kilkanaście złotych pozbawionych jakiejkolwiek amortyzacji. Nie miałem wówczas pojęcia o bieganiu, nie liczyłem przebytego dystansu, nie zastanawiałem się nad czymś takim jak środki treningowe a o udziale w zawodach biegowych nawet nie śniłem. Przebiegnięcie maratonu było dla mnie czynem heroicznym. Zupełnie nie interesowałem się wtedy tym, że każdego roku biegi uliczne (brzydko nazywane masowymi) na dystansie 42,195 km odbywające się w różnych miastach Polski oprócz zawodowców przyciągają tysiące amatorów. Ani razu nie spotkałem się wtedy z opinią, że bieg maratoński ukończyć może właściwie każdy, kto poświęci trochę czasu na przygotowania. Całe szczęście, że tego wszystkiego wtedy nie wiedziałem. Tej ignorancji i naiwności zawdzięczałem całą magię swojego amatorskiego biegania. Biegania, które odkryłem dzięki historii opowiedzianej z perspektywy zwykłego człowieka, a nie sportowca.

Murakami pisze o bieganiu jako pewnej filozofii życia. Jest długodystansowcem jako biegacz (w jednym z fragmentów książki porównuje swój typowy dla długodystansowców oszczędny, mało efektowny krok ze sposobem w jaki biegnie mijająca go młoda dziewczyna wysoko unosząca nogi) i jako pisarz stawiający przede wszystkim na żelazną dyscyplinę i konsekwencję w swojej pracy. Bieganie nie jest dla niego zwykłym hobby, lecz czymś co zmienia człowieka – zarówno jego ciało, jak i umysł. Postanowiłem sprawdzić, co się stanie, gdy sam zacznę przebiegać w miarę regularnie po kilka kilometrów dziennie. Wprawdzie po kilku tygodniach nie zauważyłem jakiegoś znaczącego wzrostu sprawności czy wytrzymałości, ale szybko spostrzegłem, że jest to zajęcie niebywale wciągające. Bieganie było wówczas samo w sobie nagrodą i czystą przyjemnością. Satysfakcję dawało pokonywanie coraz dłuższych odcinków bez zatrzymania.  Wkrótce zacząłem zapisywać pokonany dystans w samodzielnie przygotowywanych tabelkach. Niecałe dwa lata od pierwszej przebieżki po Węglinie, która dała początek regularnemu bieganiu, ukończyłem pierwszy maraton.

Murakami pisze w swojej książce o przygodzie z triathlonem oraz bieganiu na dystansie ultramaratonu (dokładnie opisuje swoje doświadczenia z biegu na 100 km). Przyznam, że do tych fragmentów powieści odniosłem się z dużą rezerwą traktując zarówno łączenie trzech różnych dyscyplin sportu, jak i pokonywanie niebotycznie długich dystansów biegiem za przesadę, a wręcz szaleństwo. Wystarczyło jednak kilka lat, a objawy podobnej nadpobudliwości zaobserwowałem u siebie. Bieganie w takiej postaci, jak dotychczas przestało wystarczać. Pojawiła się myśl, by spróbować swoich sił w triathlonie.

Czas poszukiwań

Przygotowując się do pierwszego startu w zawodach triathlonowych szybko zauważyłem, że na Lubelszczyźnie nie brakuje okazji do sprawdzania swoich sił nie tylko w zawodach biegowych. Właściwie na każdym etapie przygotowań do „tri” można odnaleźć zawody odpowiednie dla wypróbowania swoich aktualnych możliwości. Kiedy odnowiłem przyjaźń z rowerem, zacząłem szukać okazji by sprawdzić się na tym polu. Szansa nadarzyła się szybciej niż się spodziewałem. Na początku sierpnia miały się bowiem odbyć zawody z cyklu Nutrend Cross Duathlon w Biłgoraju (poprzednie zorganizowano w Kraśniku, a kolejne zaplanowane są w Annopolu). Tym sposobem 2 sierpnia zestresowany stanąłem na starcie zmagań biegowo-rowerowych, w ramach których zaplanowano 5 km biegu, 20 km jazdy na rowerze górskim i 2,5 km biegu. Każdy z tych dystansów sam w sobie nie robił szczególnego wrażenia. Ich połączenie gwarantowało jednak odrobinę mocnych doznań. Nad Zalewem Bojary w Biłgoraju zameldowało się ok. 70 startujących. Punktualnie o 11 zawodnicy wyruszyli na trasę 5-cio kilometrowego biegu prowadzącego leśnymi ścieżkami, które tylko momentami zamieniały się w asfaltową nawierzchnię. Biec trzeba było oczywiście szybko, ale jednocześnie z rozwagą. Po pierwsze, trasa była dość trudna. Tu i ówdzie na biegaczy czyhały niebezpiecznie wystające korzenie, doły i gałęzie smagające po twarzy. Warto było dobrze zapamiętać rozmieszczenie tych atrakcji, ponieważ tę samą 5-kilometrową trasę należało później pokonać rowerem, i to aż 4-krotnie.

Na kończących pierwszą odsłonę biegowej rywalizacji czekały rowery w strefie zmian. Po nałożeniu kasku, ewentualnej zmianie obuwia i uzupełnianiu płynów zawodnicy szybko wyprowadzali swój sprzęt ze strefy i już na trasie wskakiwali na siodełka. Widząc, jak dużo rowerów czeka jeszcze na swoich właścicieli po pierwszym etapie ucieszyłem się. Bieganie poszło nieźle. To dodało mi skrzydeł i pedałując tak szybko, jak potrafiłem wjechałem w las. Skrzydła zostały podcięte niemal natychmiast, gdy kilku zawodników bez większego trudu wyprzedziło mnie za nic mając wyboje, korzenie i głęboki piach na trasie. Stwierdziłem, że muszę się mocno skoncentrować i dać z siebie wszystko. Drugie okrążenie, pokonałem szybciej niż pierwsze. Udało mi się wyprzedzić kilku zawodników. Na ostatnich okrążeniach zmęczenie zaczęło dawać się we znaki. Popełniłem pierwszy błąd, kiedy niemal pomyliłem trasę. Kosztowało mnie to kilkanaście sekund. Wystarczyło bym stracił zajmowaną lokatę. Kolejne dwa błędy na najtrudniejszych odcinkach trasy skutkowały utratą równowagi i koniecznością podparcia się nogą. To wiązało się z utratą prędkości i z trudem utrzymywanego rytmu. Ostatnie kilometry jazdy na rowerze miałem pokonać wolniej, żeby skutki zmiany dyscypliny nie były zbyt dotkliwe. Trudno było mi jednak odpuścić, kiedy widziałem za swoimi plecami doganiających mnie zawodników. Tym bardziej, że domyślałem się, jak trudnym etapem będzie ostatnie parę kilometrów do pokonania pieszo. Po odwieszeniu roweru złapałem odrobinę izotonika i zupełnie otumaniony po szaleńczej jeździe na rowerze ruszyłem na 2,5-kilometrowy, ostatni odcinek trasy. Miałem wrażenie, że każda noga waży tonę, a w dodatku brodzę w jakiejś gęstej mazi. Jeszcze nigdy nie byłem zmuszony włożyć tyle wysiłku, by biec z tak niewielką prędkością. Podczas ostatniego etapu nie wyprzedziłem nikogo, chociaż dwoje zawodników było w zasięgu wzroku. Nikomu też nie udało się wyprzedzić mnie. Wykończony ale szczęśliwy przekroczyłem linię mety mniej więcej w jednej trzeciej stawki. Mimo, że wielokrotnie podczas tych zawodów zadawałem sobie pytanie o sens tego co robię, ubarwiając je rzecz jasna niecenzuralnymi słowami, już kiedy pakowałem rower do bagażnika zastanawiałem się nad kolejnym wyzwaniem.

Powroty do korzeni

W czasie tych kilku zaledwie lat biegania zdarzały się wzloty i upadki. Bywało tak, że zadowolony z jakiegoś wyniku po jakimś czasie stwierdzałem, że przecież nie ma się czym zachwycać. Jestem tylko przeciętnym biegaczem jakich jest dzisiaj wielu i rozdmuchiwanie swoich osobistych osiągnięć jest więcej niż żenujące. Myślałem nawet, że niepotrzebnie tylko tracę swój czas poświęcając się zajęciu, w którym i tak nigdy nie osiągnę żadnych znaczących sukcesów. W takich chwilach zawsze staram się powracać myślami do pierwszych pokonanych biegiem kilometrów. Do tej niczym niezmąconej przyjemności z długiego biegania podczas jesiennego przedpołudnia. Szukam samotności i spokoju przemierzając las nad Zalewem Zemborzyckim i własnych sposobów na poprawienie wyników, a zamiast tego znajduję innych ludzi. Czasem jest to zupełnie przypadkowo spotkany biegacz na ulicy Cienistej, który specjalnie zawraca żeby przebiec ze mną parę kilometrów i porozmawiać o biegach ultra i życiówkach w maratonie. Ostatnio animuszu dodają mi również ludzie z Lubelskiej Grupy Triathlonu – pasjonaci, którzy żyją sportem i bawią się nim.

Scott Jurek, guru biegów ultra w swojej słynnej książce pisze o dojmującej samotności, której doświadczył jako ultramaratończyk. Jednocześnie zauważa, że jako biegacz prawdziwe szczęście znalazł wcale nie w byciu samotnym, ale będąc z innymi ludźmi. W ten sposób obala mit samotności maratończyka. Ten utytułowany zawodnik, który nie uniknął zakrętów na drodze swojej kariery uczy, aby z uwagą pilnować, by nie utracić prostej przyjemności z biegania, żeby nie popadać w rutynę i nie pozwolić ambicjom zawładnąć swoim umysłem. Dążenie do osiągania coraz lepszych rezultatów i poprawy kondycji nie może stać się jedynym celem. Jeżeli czujesz, że tak się dzieje, pobiegaj w górach i zatrzymaj się na szczycie, żeby podziwiać widoki. Przebiegnij się ze znajomymi, wybierz się na przejażdżkę rowerem lub popływaj w jeziorze. Powróć myślami do tych przebiegniętych kilometrów, które sprawiły ci najwięcej radości. Niech jak najczęściej wracają, byś nie zapomniał dlaczego zacząłeś to robić.

Koniecznie przeczytaj całe sierpniowe wydanie magazynu antidatum.

(z)bieg lubelski