zbieg_1

 

Liczby, liczby, liczby… Można odnieść wrażenie, że rządzą one światem każdego biegacza od jego symbolicznych narodzin dla biegowego uniwersum aż po największe sportowe osiągnięcia. Wszystko zaczyna się z chwilą, kiedy to w głowie jednostki rozbłyska myśl, by spróbować sił w „najprostszej formie aktywności”. Nie jest rzeczą rozsądną wyruszać na biegowy szlak bez odpowiednich butów. Jest to bodaj jedyny (może poza skarpetami) element wyposażenia biegacza, poprzez który nawiązuje on kontakt z podłożem. Obuwie powinno mieć rzecz jasna odpowiedni rozmiar, ale jak się okazuje numer numerowi nierówny i tu zaczynają się pierwsze schody. Liczba odlana na obuwiu jest rzeczą względną i kto zbyt dużą ufność w niej pokłada, ten może wyrządzić ogromną krzywdę swoim stopom. Pozostaje zatem przymierzać, sprawdzać, testować, a w ostateczności wymieniać. Jeśli człowiek pozwoli, by poniosła go fala biegowego entuzjazmu, zainteresowanie liczbą może przerodzić się w obsesję. Objawia się ona w kolejnych dążeniach – by biegać szybciej, częściej, dalej. Czy liczba w świecie biegacza może jednak zostać uznana za obiektywną miarę? Czy można przy pomocy liczb opisać zawodnika, jego osiągnięcia czy kondycję? Może za pośrednictwem liczby ukończonych zawodów, rekordu na 10 km, czy najdłuższego pokonanego za jednym zamachem dystansu? Pewnie w jakimś sensie tak, ale w tej odsłonie (Z)biega lubelskiego chciałbym zwrócić uwagę na różnorodność znaczeń, jakie posiadają liczby. Bywają one wszystkim, a z czasem bledną i tracą swoją doniosłość. Ta sama liczba może znaczyć coś zupełnie innego w zależności od sytuacji. Może stać się miarą sukcesu, bądź znakiem bolesnej porażki. Biegacze wpatrują się w liczby analizując swoje treningi i szukając w nich symptomów rosnącej sprawności. Inni, bardziej sentymentalni, z rozrzewnieniem wspominają swój pierwszy kilometr, dziesiąty przebiegnięty maraton lub rekord życiowy na danym dystansie. Oto kilka refleksji na temat liczb. Pojawią się w nich echa wyjazdu (Z)biega do Wrocławia, ale również lubelskie akcenty. Będzie trochę refleksyjnie, a trochę przyziemnie.

1

W taki sposób oznaczony jest stopień podium, na którym z pewnością wielu biegaczy-amatorów chciałoby kiedyś stanąć nie wspominając o biegaczach-zawodowcach. Oczywiście amatorzy rzadko ośmielają się takie marzenia werbalizować, ale założę się, że w głębokiej tajemnicy niejeden pasjonat biegania wierzy, że kiedyś uda mu się zwyciężyć w zawodach. Jeśli nie w klasyfikacji generalnej, to chociaż w kategorii wiekowej.

W moim przekonaniu „1” ma związek nie tylko z rywalizacją, ale również z jednoczeniem się w biegowym środowisku. Postrzegam „jedynkę” jako symbol pozornej tylko samotności biegacza, samotności, która z czasem zastępowana jest przez doświadczenie bycia z innymi i wśród innych, poczucie bycia częścią jednej wielkiej biegowej wspólnoty. Także samotności, która pomaga w pełni docenić znaczenie obecności bliskich. Widocznym dowodem na to, że biegacze coraz rzadziej są sami, a coraz częściej tworzą bardziej lub mniej sformalizowane grupy, jest rosnąca liczba drużyn uczestniczących w zawodach. Coraz więcej spotkać można biegaczy w koszulkach wskazujących na przynależność klubową. Wzajemnie się motywują i wspierają, biegają dla siebie, ale często również dla innych zrzeszając się w imię określonej, zazwyczaj szczytnej idei.

6

Zawodników reprezentowało węgierską grupę Benedek Team podczas tegorocznego 33. PKO Wrocław Maratonu. Zatrudnianych tam Kenijczyków określa się czasem niezbyt elegancko mianem „najemników”, a całą grupę jako maszynę do zarabiania pieniędzy. Wspominam o tym, żeby pokazać, jak różne oblicza ma bieganie. A doskonale odzwierciedlają je liczby. W kwestii liczb zawodnicy z Benedek Team biją wszelkie rekordy. Nie tylko pokonują trasy w najkrótszym czasie, ale również są w stanie startować w długodystansowych biegach ulicznych (np. półmaratonach) dzień po dniu i jeszcze zajmować w nich czołowe miejsca. Zdaje się, że nie ima się ich zmęczenie ani kontuzje, a wrażenia nie robią nawet kilkuset-kilometrowe podróże z miejsca jednego startu do lokalizacji kolejnego. W parze z wynikami sportowymi idą oczywiście wygrane pieniężne i tutaj liczby też są imponujące. We wspomnianym maratonie wrocławskim zawodnicy z Benedek Team zarobili łącznie 83 500 zł. Co ciekawe, na większą część tej sumy zapracowały kobiety, które zajęły miejsca: 1. (Stellah Jepngetich Barsosio), 2. (Gladys Jepkurui Biwott) i 4. (Salina Jebet). Nas najbardziej powinna cieszyć jednak wiadomość, że na 3. miejscu wśród kobiet, z czasem 2:46:14 uplasowała się Angelika Mach, reprezentantka AZS UMCS Lublin. Kenijka z Benedek Team, która pierwsza przekroczyła linię mety maratonu we Wrocławiu ustanowiła nowy rekord trasy, od niespełna 11 lat należący do Haliny Karnatsevich. Nagrodą za ten wyczyn była specjalna premia, która wynosiła 20000 zł. Ładna sumka, prawda?

10

Dokładnie tyle kilometrów mieli do pokonania biegacze startujący 20 września w pierwszej z „Czterech Dych do Maratonu”. To już kolejna odsłona cyklu biegów będących przygrywką do Lubelskiego Maratonu, który w przyszłym roku odbędzie się po raz czwarty. Jest już znany dokładny termin. Tym razem biegacze zmierzą się z królewskim dystansem 8 maja.

„Cztery Dychy do Maratonu” to przedsięwzięcie, które stale się rozwija i doskonali. Pod koniec września czekały na biegaczy niespodzianki. Chyba największą była trasa. W jesiennej odsłonie biegu organizatorzy do tej pory najczęściej korzystali ze sprawdzonej pętli w okolicach Zalewu Zemborzyckiego, zdecydowanie najmniej problematycznej, ponieważ nie wymagającej zamykania zbyt wielu ulic na czas biegu. Na tę trasę z pewnością nie mogli narzekać kierowcy, ale za to biegaczom dawała się ona we znaki. Po pierwsze, jest dość monotonna, a po drugie nad Zalewem prawie zawsze wieje silny wiatr. Rzecz jasna, biegaczowi zawsze wieje on w twarz, niezależnie od kierunku biegu. Ciekawe, co przyniesie czwarta odsłona „Czterech Dych do Maratonu”. Oby padło jak najwięcej rekordów, zarówno pod względem poziomu zainteresowania, jak również tych osobistych.

4757

To liczba biegaczy, którzy ukończyli 33. PKO Wrocław Maraton. Liczba zgłoszonych zawodników była jeszcze wyższa i wynosiła 5721, natomiast numery startowe odebrało już tylko 5302 biegaczy. Podziwiamy tych, którzy pokonali wymagający sporej wytrzymałości dystans. Rzadko myślimy o tych, którym się ten wyczyn nie udał. Niektórzy z nich pewnie przecenili swoje możliwości, narzucili sobie zbyt duże tempo. O to nie jest trudno, gdy przedstartowa ekscytacja napędza ciało wywołując czasem złudzenie posiadania ponadludzkiej mocy. Niektórzy biegacze z jakichś powodów nie stanęli na linii startu wcale. Może w ostatniej chwili wykluczyła ich kontuzja, a może inna wyższa konieczność zmusiła do wycofania się z biegu. Do tego by o nich wspomnieć zainspirowała mnie historia pani kasjerki jednego z wrocławskich supermarketów. Kiedy zobaczyła klienta w pamiątkowej koszulce maratonu w Dębnie, ze łzami w oczach pozwoliła sobie na osobiste wynurzenia. Opowiedziała o swoim zięciu, który miał startować we wrocławskim maratonie, ale kilka dni wcześniej podczas rowerowej przejażdżki został potrącony przez samochód i trafił do szpitala. Za statystykami kryją się osobiste niepowodzenia, a czasem prawdziwe dramaty. Uliczny bieg maratoński to nie tylko tłum biegaczy utrudniający życie kierowcom. To również tysiące historii, z których nie każda kończy się happy-endem.

Liczby, liczby… miesiące przygotowań, planowanie treningów i wyjazdów, nierzadko karkołomne łączenie pasji z obowiązkami. Nagrodą jest satysfakcja, osiągnięcie nowego poziomu fizycznej sprawności, ustanowienie nowego osobistego rekordu. Nie pozwólmy jednak, by liczby przysłoniły nam radość biegania, by stały się jedynym celem. Biegowa matematyka rządzi się własnymi prawami. Nieważne, czy już biegacie, czy dopiero zaczniecie biegać. Uważajcie na siebie, słuchajcie swojego organizmu i powoli, lecz konsekwentnie zmierzajcie do wyznaczonego celu. Podobno źródłem szczęścia nie jest jego osiągnięcie, ale droga, która do niego prowadzi. Nie jest ważne, w jakich liczbach wyrażać się będzie osobisty sukces. Przecież ich znaczenie zależy od punktu widzenia.

 Koniecznie przeczytaj całe wrześniowe wydanie magazynu antidatum.

Zabiegany (Z)bieg