i.lidovky.cz

 

W listopadowym  numerze (Z)biega przeczytacie o motywacji biegacza, zaskoczy Was planowana zmiana nazwy rubryki, dowiecie się gdzie warto szukać inspiracji oraz dlaczego Emil Zátopek uśmiechał się podczas maratonu w Helsinkach.

Zdradliwa wena biegacza

Wieczory są coraz dłuższe. Ciemności, zimno i słota skutecznie zniechęcają wielu biegaczy oraz „outdoorowców” wszelkiej maści do opuszczania domowych pieleszy. Lamentów i narzekań leje się gęsty strumień, podczas gdy w cichości wielu z nas cieszy się, że wyższa siła atmosferyczna pozwoliła skutecznie usprawiedliwić i zracjonalizować lenistwo, a przy okazji zapunktować u bliskich zdrowym rozsądkiem i przezornością. Wiadomo jednak powszechnie, że kto pragnie pozostać w dobrej formie nie powinien, a wręcz nie wolno mu w okresie jesienno-zimowym odwieszać butów biegowych na kołek. Ci, którzy skrycie marzą o biciu rekordów na wiosnę powinni w ogóle zapomnieć o jakiejkolwiek taryfie ulgowej w zimie. Zbieg Lubelski nawet rozważa z tej okazji przemianowanie się na Podbieg, żeby kojarzyło się z trudem, wysiłkiem i bólem mięśni a nie łatwizną i przyjemnością jak do tej pory.

Dwie zdecydowanie najmniej przyjemne pory roku, jakie nas czekają to okres, w którym możemy naprawdę wiele osiągnąć jeśli tylko znajdziemy w sobie dość determinacji by wyruszyć w drogę. Będzie to najprawdopodobniej droga trudna, czasem nawet oblodzona; droga w rzęsistym deszczu, przejmującym chłodzie, a wkrótce również droga z pchającym się wszędzie śniegiem i mroźnym wiatrem, którego dotyk oszroni rzęsy i brwi. Czy ta wizja zachęciła Was do ruchu na świeżym powietrzu w ciągu nadchodzących miesięcy? Nie? Jest na to przynajmniej kilka sposobów. Jeśli trudno nam się zmobilizować warto poszukać inspiracji. Dzisiaj słów kilka o książce, która zadziwia i inspiruje właśnie. A wszystko za sprawą wyjątkowego człowieka, o którym opowiada. Człowieka, który nie znosił biegania i… został najszybszym biegaczem świata.

Emil, czyli człowiek, który nie chciał zostać biegaczem

Na „Długodystansowca” Jeana Echenoza polowałem od dłuższego czasu. Jak na złość książki nie można było dostać ani w księgarniach internetowych, ani w serwisach aukcyjnych. W końcu trafiła do mnie z bibliotecznej półki. Uparłem się, że przeczytam biografię Emila Zátopka, kiedy zupełnym przypadkiem natrafiłem na kilka wzmianek o nim w różnych źródłach. Na podstawie tych szczątkowych informacji czeski mistrz objawił mi się jako człowiek wytrwały, wręcz niezłomny, może nieco kontrowersyjny, a na pewno oryginalny. Ten wielokrotny rekordzista w biegach długodystansowych znany był z tego, że styl jego biegu był, można by rzec, daleki od ideału. Właściwie, jak określa autor biografii, biegał bezstylowo, nieelegancko – jednym słowem brzydko, co wzbudzało tym większe zdziwienie u tych, którzy byli świadkami jego spektakularnych zwycięstw. Wyróżniał się pod tym względem na tle biegaczy, którzy pokonywali trasę lekkimi susami, oraz tych, którzy zdawali się płynąć jakby w ogóle niewzruszeni wysiłkiem. Obrazu niezgrabnego biegacza dopełniał charakterystyczny grymas bólu, jaki towarzyszył Zátopkowi podczas biegu. Miał on sprawiać wrażenie ogromnego cierpienia, nadludzkiego niemal wysiłku. Tyle o „Czeskiej Lokomotywie” dowiedziałem się mimochodem. Nadal jednak zastanawiałem się, jakim człowiekiem był ten słynny czeski sportowiec. Co kryło się za jego wykrzywioną cierpieniem maską. Jaka była tajemnica jego niezwykłego sukcesu. Miałem nadzieję, że w biografii znajdę odpowiedzi przynajmniej na część moich pytań. W pewnym sensie tak się stało, ale nie to okazało się najistotniejsze. Po poznaniu szczegółów z historii Zátopka jestem jeszcze bardziej oszołomiony niezwykłością tej postaci. Książkę pochłonąłem chyba w godzinę. Historia okazała się naprawdę fascynująca.

Emila Zátopka poznajemy w momencie, gdy Niemcy zajmują Morawy, a on sam pracuje ciężko w fabryce Baty. Echenoz od samego początku swojej opowieści o czeskim długodystansowcu snuje wątek historii i polityki w tle. Indywidualny los sportowca szybko z tym wątkiem się splata tworząc okoliczności niesprzyjające, jak mogłoby się wydawać, rozwojowi kariery młodego biegacza. To co dla wielu stanowiłoby nie lada przeszkodę, młody Emil wykorzystuje na swoją korzyść. Początek sportowej kariery Zátopka pełen jest przeciwności losu, które pokonuje on z charakterystyczną zawziętością i uporem. Należało by zacząć od tego, że Emilowi do biegania w ogóle nie było spieszno. Nie znosił sportu podzielając zdanie swojego ojca, który uważał aktywność fizyczną za stratę czasu i pieniędzy. Podobno zwykł mówić „Takie biegi to najlepszy przykład (…) Pożytku z nich żadnego, tylko potem trzeba buty zelować, a skąd na to wziąć”. Tak się jednak złożyło, że Emil nieustannie namawiany do wspólnych biegów przez kolegów z fabryki zasmakował w tym sporcie. Najpierw poczuł, że sprawia mu to przyjemność, a później nie minęło wiele czasu, kiedy z nieznanej nikomu postaci przemienił się w najbardziej rozpoznawanego biegacza na bieżniach świata.

Emil, czyli najszybszy biegacz świata, który pozostał człowiekiem

Tuż po wojnie, kiedy Czechosłowacja zaczęła odbudowywać swoją armię Emil Zátopek trafił do wojska. Taki rozwój wypadków okazał się dla sportowca bardzo korzystny. Po pierwsze, było to wybawieniem od coraz cięższej i coraz bardziej szkodliwej pracy w fabryce, a po drugie służba w wojsku okazała się przyjemnym zajęciem dla wysportowanego mężczyzny. Otworzyła również przed nim możliwości udziału w zawodach biegowych poza granicami Czechosłowacji.

Kiedy zmęczony, niewyspany i sponiewierany podróżą zjawił się w Berlinie żeby reprezentować swój kraj na mistrzostwach wojsk alianckich najpierw prawie przegapił start biegu na 5000 m, a później z trudem przekonał organizatorów, że należy mu się miejsce przy taśmie zamiast takiego w drugim rzędzie. Te przeciwności nie przeszkodziły mu w odniesieniu zdecydowanego zwycięstwa nad rywalami. Wtedy też pobił jeden z kilku rekordów kraju, które towarzyszyły jego nazwisku przez dłuższy czas. Historia Zátopka to kolejne starty, nieprawdopodobne zwycięstwa. Zdarzało mu się osiągać takie rezultaty, że publiczność czekała z owacjami na oficjalne potwierdzenie wyniku przez organizatorów bo wydawał się niemożliwy. Wykańczał swoich przeciwników rwanym tempem biegu. Przyspieszał wtedy, gdy inni nie mieli już sił by zwiększyć tempo choćby odrobinę. W starty wkładał ogromny wysiłek, ale po przekroczeniu linii mety rozluźniony i z lekką tylko zadyszką był w stanie zafundować uradowanym kibicom rundę honorową żwawym biegiem. Trenował tak ciężko, że wkrótce zaczęto spekulować na temat ryzyka śmierci, z którym wiązał się ten nadludzki wysiłek. Żadna z aktualnie znanych metod treningowych nie była dla Zátopka wystarczająca. Stosował własną. Tam, gdzie inni zalecali by zwolnić on przyspieszał. Ten morderczy trening nie od początku przynosił zwycięstwa. Wkrótce jednak „czeska lokomotywa” była już niemożliwa do zatrzymania. Dominacja Zátopka była tak wielka, że nie zapraszano go na wiele zawodów uznając, że jego obecność położyła by całe sportowe widowisko. Echenoz podsumowuje: „(…) od swojego pierwszego triumfu na olimpiadzie w Londynie, kiedy miał dwadzieścia sześć lat, Emil jest nie do pokonania. Potem przez sześć lat, przez całe dwa tysiące dni będzie najszybszym człowiekiem na ziemi na długich dystansach”.

Warto wspomnieć o tym, co wydarzyło się na kolejnych po Londynie igrzyskach olimpijskich, które odbyły się w Helsinkach (1952 r.). Tam Zátopek triumfował aż trzykrotnie: na 5000 m, 10000 m oraz w maratonie. Bieg maratoński miał ukończyć niemal bez wysiłku. To, co dla innych zawodników było morderczym wyzwaniem, Zátopek potraktował jak spacer. Biegł z taką przyjemnością, że z jego twarzy znikł nawet ów charakterystyczny grymas cierpienia, który – rzecz niezwykła – został zastąpiony uśmiechem. Echenoz twierdzi, że sportowiec celowo zaczął wykrzywiać swoją twarz w udawanym wysiłku dopiero na stadionie aby każdy mógł rozpoznać w nim Emila Zátopka.

Przy wszystkich sukcesach sportowych Zátopek pozostał człowiekiem dobrym i skromnym. Jego prostolinijność graniczyła czasem z naiwnością. Po szczeblach kariery wojskowej piął się jakby mimochodem. Każdy kolejny wielki sukces sportowy pociągał za sobą awans w hierarchii wojskowej, jednak idol z bieżni nie zabiegał o zaszczyty. Można też odnieść wrażenie, że Zátopek nie rozumiał pewnych subtelności i konwenansów związanych z aktualną sytuacją społeczno-polityczną. A może po prostu nie zależało mu na zgłębianiu ich, podobnie jak nie analizował swoich występów na bieżni w odróżnieniu od swoich kolegów z młodości. Być może jednak ta postawa przyczyniła się do kłopotów, jakie później na niego spadły. Sukcesy osiągane na bieżniach, dzięki którym Emil zyskał status sportowca narodowego z czasem zaczęły wzbudzać podejrzliwość władz. Jak relacjonuje Echenoz: „Emil jest osiągnięciem systemu socjalistycznego. Wolą gospodarować nim oszczędnie, mieć na oku i nie wysyłać zbyt często za granicę (…) Poza tym byłoby naprawdę szkoda, gdyby coś mu strzeliło do głowy i przy okazji jakiejś podróży przeszedł na stronę sił imperialistycznych i wielkiego kapitału, jak to się niektórym zdarzało”. To spowodowało, że niektóre zagraniczne plany startowe zawodnika nie uzyskały aprobaty władz. Było to poważnym ograniczeniem dla fenomenalnej kariery jednego z najszybszych długodystansowców świata.

Chociaż wydawało się, że Zátopek nigdy nie przestanie zwyciężać, najświetniejszy okres jego kariery w pewnym momencie dobiegł końca. Nie chcąc zdradzać całej fabuły książki napiszę tylko, że zakończenie historii chwyta za serce. Jest ujmujące, chociaż biografia została napisana bardzo prostym językiem, bez zbędnych zachwytów i patosu, w sposób rzeczowy i daleki od idealizacji. Opisy kolejnych wydarzeń następują po sobie szybko, po czym akcja zwalnia, na kilka chwil ustępując miejsca refleksji autora. Można odnieść wrażenie, że Echenoz w sposobie prowadzenia narracji chciał odtworzyć rytm biegu swojego bohatera. Chyba nie jest to nadinterpretacja, skoro nawet w imieniu i nazwisku tytułowej postaci autor doszukuje się odzwierciedlenia jego sportowych zdolności. Pisze o nim tak: „trzy sylaby ruchome i mechaniczne, nieludzki walc na trzy pas, odgłos galopu, warkot turbiny, stukot korbowodu czy zaworów wypunktowane końcowym k, poprzedzone pierwszym z, od którego wszystko toczy się błyskawicznie: mówimy z i od razu ruszamy z miejsca, jakby ta litera była starterem. Nie mówiąc już o tym, że cała maszyneria jest naoliwiona płynnym imieniem: oliwiarka Emil dołączona do motoru Zatopek.” Niech cytat z „Długodystansowca” posłuży za ostateczną zachętę do lektury.

Z biegowym pozdrowieniem,

(Z)bieg