zb1

 

Uroczyście zapraszam do lektury pierwszej odsłony (ta dam!) „(z)biega lubelskiego”, który przycupnął sobie cichutko przy antidatum.eu, jako nowa rubryka tego nader interesującego magazynu.

Przełom kwietnia i maja dostarczył biegaczom (i to nie tylko lubelskim) mnóstwa wrażeń. A to za sprawą wiosennych maratonów, które przyciągnęły tłumy entuzjastów tej „najprostszej formy ruchu” (spójrzcie do regulaminu jakiegokolwiek biegu, wszędzie to tak nazywają), a to z powodu odurzających zapachów roztaczanych przez roślinność otaczającą biegowe trakty. Pora roku się zmieniła, świat zrobił się kolorowy. Jednym dodało to natchnienia, drugim przysporzyło powodów do narzekania (uff… jak gorąco!). Jeszcze inni zaczęli w związku z powyższym doświadczać tajemniczych zaburzeń koncentracji uwagi (vide autor tego tekstu). A zatem do rzeczy.

Biegający w Lublinie, zarówno na co dzień, jak i okazjonalnie, 19 kwietnia mieli okazję by przebiec ostatnią – czwartą dychę do maratonu, będącą finałem przygotowań do trzeciego już biegu na królewskim dystansie, jaki odbędzie się w Lublinie. Kto tego nie zrobił, a miał ochotę ostatnie przedmaratońskie rozbieganie odbyć w towarzystwie innych ludzi, a nie samotnie, mógł wybrać się na imprezę pod tytułem „Bieg po prawdziwym Lublinie”, jaka odbyła się 3 maja w ramach czwartej już edycji „Sezonu Lublin”. Należałem do takich właśnie osób. Temu też wydarzeniu chciałbym poświęcić parę linijek, gdyż bardzo spodobała mi się idea biegania zaangażowanego, to znaczy takiego, podczas którego biegacze nie tylko sobie truchtają z wolna jakby naprawdę nie mieli co ze sobą zrobić, ale nadają temu jakiś, jeżeli nie głębszy, to przynajmniej bardziej powszechnie akceptowany cel. Zwiedzanie chyba jest dość szeroko akceptowane, a nawet popierane i szanowane, choć czasem zdarza mi się w to powątpiewać. Zapyta ktoś, czy w takim razie uważam bieganie za społecznie mniej akceptowane. Odpowiem, że nie. Czasami wydaje mi się, że ludzie wręcz z pewnym podziwem spoglądają na zalanych potem truchtaczy. Ale to tylko jeden z odcieni obrazu biegania w naszym kraju. Wrócę do tematu za chwilę.

Tegoroczny „Bieg po prawdziwym Lublinie” odbywał się pod hasłem „Sztuka ulicy”. Przewodnicy przeciągnęli grupę śmiałków (wydaje mi się to trafnym określeniem ze względu na sławę, jaką cieszą się niektóre dzielnice, które znalazły się na trasie biegu) po dość nietypowych jak na biegowe treningi zakątkach miasta. Była okazja do obejrzenia ciekawych murali na lubartowskiej, zapoznania się z wykazem krajów, do których eksportowano „Żuki” w prześwicie jednego z bloków na Kalinowszczyźnie, a także obejrzenia malarskich wariacji na temat dawnej fabryki samolotów Plagego i Laśkiewicza na Bronowicach. Sam bieg, mimo dość przystępnego tempa dał w kość. Była to zdecydowanie próba wytrzymałości, podczas której „spacerowicze” pokonali wprawdzie jedynie 17 km, ale za to wysiłek był rozłożony na ok. 3 godziny. Nie chcę jednak zajmować się sportowymi walorami tej biegowej wyprawy. Tym razem nie zamierzam również skorzystać z okazji i opisywać szerzej zjawisk artystyczno-kulturowych, z jakimi można było się podczas imprezy zetknąć. Z powodu tego, że ostatnio stałem się wyjątkowo wyczulony na społeczne aspekty biegania, zamarzyło mi się podjęcie takiej właśnie tematyki. Oto kilka moich refleksji i obserwacji na temat tego, jak otoczenie reaguje na grupę biegaczy, czasem dość bezczelnie wciskających się w wąskie prześwity, ścieżynki i chodniki. Czasami wręcz biegnących środkiem jezdni, jak to ma miejsce podczas ulicznych biegów.

Zasadniczo zauważyłem, że pojedynczy zawodnik, który zasuwa wzdłuż Bystrzycy czy innego cieku wodnego nie budzi szczególnych emocji. Owszem, znajdą się wierni kibice, zagorzali fani lekkiej atletyki i zdarzy się czasem usłyszeć coś w rodzaju „Dajesz! Dajesz!” (w sumie nie wiadomo, czy to przypadkiem nie jest próba wyłudzenia). W tej grupie występują również miłośnicy kina, którzy krzyczą „Run Forrest, run!”. To w dodatku po angielsku. Na ogół jednak samotny biegacz, choćby w największym uniesieniu słuchał właśnie po raz 57 utworu „Eye of the tiger” zespołu Survivor albo „Gonna fly now” Billa Conti’ego, jest raczej ignorowany. Trzeciego maja podczas „Biegu po prawdziwym Lublinie” było inaczej, bo akcja zorganizowana, a przy tym nikt nie zablokował połowy miasta. Wśród przechodniów, którzy zetknęli się z wycieczką zdarzali się tacy, którzy zdradzali zainteresowanie, a nawet pewne zdziwienie. Ktoś na Tatarach zapytał, co to za bieg. Odpowiedź „lubelski”, która padła z ust jednego z biegaczy była w swej prostocie nader dowcipna. W ogóle zauważyłem, tak tytułem dygresji, że biegacze to lud szalenie krotochwilny. Podczas maratonu w Dębnie jeden z kibiców (chyba zaprzyjaźnionych z zawodnikiem) zawołał do tegoż, żeby zostawił ten (trzymany w ręce) plecak. Inny biegacz, zachowując jeszcze na 32 kilometrze zdolność logicznego myślenia wykrzyknął „Ale to nie jego plecak” dając tym samym do zrozumienia, że w tym przypadku opcja pozostawienia bagażu odpada. Taki oto absurdalny maratoński humor. Podczas tego samego biegu poznałem również prostą receptę na odróżnienie strony prawej od lewej. Rada brzmiała następująco: prawa strona to ta, po której znajduje się ta stopa, której duży palec znajduje się po lewej stronie. Może i karkołomne, ale czyż nie błyskotliwe? Wróćmy jednak do reakcji na biegaczy. Czasem bywają one naprawdę przyjazne. Podczas 3-majowego biegu rozczuliły mnie dzieciaki, które z radością i chęcią współzawodnictwa podejmowały wyścig z ekipą „spacerowiczów”. Myśl, która zrodziła się wówczas w mojej głowie była dość naiwna. Niemniej jednak przyznam się do niej. Otóż wydało mi się, że to całe bieganie ma moc zarażania innych i to chyba jest dobre. Oczywiście nie zakładam, że dzieciaki od jutra zaczną regularne treningi. Może jednak któreś z nich pomyśli coś w rodzaju: „zaraz, zaraz, ja biegam szybciej” i połknie bakcyla.

Kończąc ten tekst, w głowie i nogach mam jeszcze III Maraton Lubelski. Zasługuje on na szerszą relację, ale niestety nie znajdzie się na nią miejsce w tym numerze. Przykro mi, ale nie chciałbym żebyście pomyśleli, że ten Zbieg to sam nie wie o czym pisać i skacze z tematu na temat. Chciałbym jednak nawiązać do maratonu właśnie w poruszonej tutaj kwestii postrzegania biegaczy. Niestety podczas tej skądinąd bardzo udanej imprezy można było zaobserwować szeroki repertuar poglądów na temat zawodników i idei biegania w ogóle. Niestety szeroki, ponieważ mieściły się w nim także zachowania, jak dla mnie nie tyle jawnie wrogie, co nawet zagrażające bezpieczeństwu uczestników biegu. Z jednej strony fantastyczni, zaangażowani kibice zarażający zawodników swoim entuzjazmem i dzielący się energią z niekończących się jej pokładów, a z drugiej… kierowcy, wśród których byli tacy, którzy za wszelką cenę chcieli okazać swoje lekceważenie dla całego tego zamieszania z bieganiem. Aby odpłacić co niektórym pięknym za nadobne nie napiszę już o tym ani słowa – niechaj również poczują się zlekceważeni.

Na zakończenie, zachęcam do zapoznania się z rezultatem obecności grupy The Krasnals w Lublinie. Tych, którzy nie mieli okazji wcześniej zobaczyć muralu przy Targowej 4 zachęcam do osobistego kontaktu z malowidłem.

W przyszłości pojawią się również zdjęcia będące komentarzem do biegowej rzeczywistości Lublina i spojrzeniem rzuconym okiem lubelskiego biegacza. Póki co, zapraszam do wymiany poglądów, pomysłów i refleksji. Wysyłajcie je na adres Zbiega:

zbieg.lubelski@gmail.com

Do zobaczenia na biegowych ścieżkach!