Obecnie mieszkańcy miast, a także wsi bombardowani są ogromną ilością reklam w przestrzeni publicznej. Na przystankach autobusowych, słupach i murach wiszą mniej lub bardziej legalne plakaty i ogłoszenia. Gdy stoimy na czerwonym świetle, czytamy propozycje usług detektywistycznych lub robót mini-koparką. Wielkie billboardy wgryzają się swoją treścią w mózg nieświadomego odbiorcy, a nawet bywają przyczyną wypadków drogowych. Nawet w historycznych częściach miast zewsząd atakują nas kolorowe szyldy i krzykliwe reklamy nieprzystające do wiekowej architektury. Na szczęście są ludzie, którzy nie przechodzą nad tą rzeczywistością do porządku dziennego i próbują dotrzeć do społeczeństwa zarówno z dobrymi, jak i złymi przykładami reklam, ponieważ przestrzeń publiczna należy do nas wszystkich i możemy mieć wpływ na to, jak wygląda.

Od 26 lipca przy Krakowskim Przedmieściu, na wysokości Placu Czechowicza, oglądać można wystawę przygotowaną przez stowarzyszenie Miasto Moje A w Nim. W opisie tej organizacji czytamy, że jej celem jest „obrona polskich miast przed nadmierną ekspansją reklam i szyldów”. Jej działalność odbywa się na polu dążenia do zmiany prawa w tej dziedzinie, edukacji oraz wspierania dobrych wzorców. Stowarzyszenie organizuje również konkurs „miastoszpeciciel” na najbrzydszą miejską reklamę.

Ciąg dalszy przeczytasz w drugim wydaniu magazynu antidatum

Łucja