Konie wyszły na kolejną prostą i trybuny wstały. Wśród zielonych mundurów z kolorowymi baretkami orderów i towarzyszących oficerom pań w letnich sukienkach czarne garnitury wyższych urzędników wojewódzkich wyglądały nader prowincjonalnie i niestosownie, zupełnie jakby mała grupka żałobników postanowiła zepsuć kawaleryjską zabawę. Chociaż przed godziną nad Lublinem przeszła ulewa, tor był już prawie suchy. Lornetki błyskały w słońcu.

Konie szły sportowo, z rozsądkiem, nie na zarżnięcie faworyta i zwycięstwo fuksa. Na zakręcie jeźdźcy zwolnili, lornetki kibiców skierowały się w końskie zady…

W piękny majowy poranek niechlujny mężczyzna, w którym nikt nie poznałby byłego komisarza policji, po pas w trawie przedzierał się przez zapuszczony hipodrom lubelski. Gniada klacz szła za nim jak pies, gnąc smukłą szyję, by sięgnąć mu pyskiem do kieszeni wytartej marynarki.

Były komisarz zszedł ze środka toru wyścigowego na mocniej ubitą końskimi kopytami bieżnię. Tam zielsko już nie rosło tak bujnie. Wszedł po kilku stopniach na wysokość trzeciej ławki dawnej trybuny i usiadł na desce, na tyle krótkiej, że nikomu z jego sąsiadów nie opłaciło się jej ukraść.

Zamieszczone powyżej cytaty miłośnicy Lublina z łatwością identyfikują jako fragmenty wydanej w tym roku książki Marcina Wrońskiego Haiti. Choć sam autor i jego mroczna lubelska seria z Zygą Maciejewskim zasługuje na odrębny tekst, dzisiaj sięgnęliśmy do jego książki tylko po to, aby przywołać obrazy Lublina jako miejsca uznanych wyścigów konnych. Obrazy z 1938 i z 1951 roku. Po torze i wyścigach nie ma już ani śladu, choć pozostało miejsce i jego końska tradycja.

Z tych dwóch obrazów nakreślonych przez Wrońskiego, chyba ten drugi bardziej pasuje do współczesności. Choć po resztkach trybuny nie pozostała nawet ta ostatnia, spróchniała deska, a trawa nie rośnie już aż tak wysoko, czas i działania ludzkie tak skutecznie zatarły ślady, że tylko najbardziej dociekliwi i obeznani z przedwojenną historią miasta wiedzą o minionej świetności tego miejsca.

Kilka lat temu temat wyścigów konnych w Lublinie odżył na nowo. W 2009 roku lokalne publikatory krzyczały: Wyścigi konne wracają do Lublina; Na terenie LKJ przy ul. Nadbystrzyckiej powstaje tor do gonitw konnych! Wszyscy w to uwierzyliśmy, niektórzy nawet bardzo się ekscytowali. Myślę, że jedynie komisarz Maciejewski – ten z 1951, zachowałby wobec nich zdrowy sceptycyzm. Trudno było dystansować się do tego rodzaju zapowiedzi, skoro padały z ust decydentów i brzmiały tak konkretnie.

Ciąg dalszy przeczytasz w grudniowym wydaniu magazynu antidatum.

Andrzej