trattoria10

 

W poprzednim wydaniu pisaliśmy o znakomitej lubelskiej pizzerii. W związku z tym, że tegoroczne lato jest wyjątkowo gorące i słoneczne, naturalną koleją rzeczy pozostaniemy we włoskich klimatach. W ostatni weekend lipca zdecydowaliśmy się zbadać jeden z nieznanych nam dotąd przyczółków włoskiej kuchni. Przeczytajcie o naszych wrażeniach.

Restauracja nazywa się Trattoria Bagatto i znajduje się na ulicy Peowiaków znanej lubelakom chyba przede wszystkim z dużej liczby kantorów, jakie udało się w tej krótkiej uliczce upchnąć. Mianem trattorii we Włoszech określa się rodzaj jadłodajni, czegoś w rodzaju polskich barów mlecznych lub stołówek. Jednak nie tylko, bo tę nazwę noszą również eleganckie restauracje na statkach lub w hotelach. Vocabolario Italiano informuje, że bagatto to nazwa jednej z kart tarota, na której widnieje postać kuglarza lub powszechnie stosowane w Toskanii określenie wiązowca (bagolaro) bardziej znanego dendrologom pod nazwą Celtis australis. Najprawdopodobniej nazwa restauracji odnosi się do tego drugiego znaczenia na co wskazuje drewniany szyld nad wejściem. Lokal zajmowany przez Trattorię Bagatto jest niewielki, żeby nie powiedzieć ciasny, schowany pod poziomem ulicy. Peryferyjne umiejscowienie knajpki raczej nie przyciąga przypadkowych miłośników włoskich smaków. Zwłaszcza, że rywalizować ona musi z kilkoma innymi barami ulokowanymi na tej samej ulicy, zdecydowanie bardziej rzucającymi się w oczy. Na szczęście o tej porze roku przy restauracji działa ogródek (sąsiadujący z knajpką Soul & Pepper). To zdecydowanie lepsza alternatywa dla niewielkiego, dość dusznego wnętrza.

W weekend, w porze obiadowej, nawet pod parasolami nie spotkaliśmy zbyt wielu osób nie licząc dość hałaśliwej ekipy filmowców. Z pewnością wielu mieszkańców Lublina w to gorące popołudnie wolało pobyt nad jeziorem niż spacer po mieście i obiad w restauracji. Pani, która obsługiwała gości, najprawdopodobniej właścicielka całego interesu, była dość swobodna, bezpośrednia i wydawała się lekko zniecierpliwiona. Kiedy pytaliśmy o składniki potraw z karty, stanowczo zapewniała o ich właściwym przygotowaniu jakby chcąc uprzedzić potencjalną krytykę. Biada zatem tym, którzy okazaliby się uczuleni na któryś ze składników. Pomimo iż forma kontaktu z klientem mogła nieco zniechęcać, sposób przygotowania potraw i jakość składników rzeczywiście były bez zarzutu. Momentami można było odnieść wrażenie, że obsługująca nas pani próbuje odwieść klientów od niektórych wyborów, na przykład przestrzegając przed specyficznym smakiem trufli. Być może jej postawa była wynikiem niezadowolenia poprzednich klientów spowodowanego niezrozumieniem smaku serwowanych dań. Natychmiast po zajęciu stolika zostaliśmy poinformowaniu o tym, na które potrawy będzie trzeba poczekać długo, a co możemy dostać niemal natychmiast (czytaj: za kilkanaście minut). Nie zniechęciło nas to. Po zamówieniu jednej piadiny (coś na kształt naleśnika złożonego na pół, tyle że z zupełnie innego ciasta niż naleśnikowe) oraz napojów mieliśmy nadzieję dotrwać jakoś do dań głównych. Udało się, choć trochę żałowaliśmy, że skusiliśmy się tylko na jedną piadinę, ponieważ czas oczekiwania był aż tak długi, że nie zdziwiłoby nas, gdyby ziemniaki na gnocchi w chwili zamówienia tkwiły jeszcze w polu. Piadina, którą zamówiliśmy – z mozzarellą, suszonymi pomidorami, oliwkami i rukolą była naprawdę fantastyczna. Chyba przede wszystkim za sprawą ciasta – delikatnego, trochę chrupiącego, a trochę miękkiego. Ser przyjemnie się ciągnął, a całość tworzyła kompozycję lekką i wywołującą błogi uśmiech zadowolenia. Pragnienie ugasiliśmy importowanymi napojami – opisywanym już w poprzednim numerze Chino (bardzo orzeźwiający napój o gorzkawym cytrusowym posmaku kolorem przypominający colę) oraz włoskim sokiem z granatu z dodatkiem hibiskusa.

W końcu na stolik trafiły również długo wyczekiwane dania główne – ravioli nadziewane szpinakiem i ricottą w sosie ze szparagów obficie posypane parmezanem oraz gnocchi z truflami w sosie z gorgonzoli. Obie potrawy miały bardzo intensywny i ciekawy smak. W ravioli parmezan świetnie współgrał z zielonymi warzywami. No i była okazja powrócić do tak uwielbianego przez nas smaku szparagów, które zdecydowanie zbyt krótko goszczą na lubelskich targowiskach i w warzywniakach. Te zapewne zostały wcześniej zamrożone, ale taka kolej rzeczy. Już za niecały rok będą świeże. Gnocchi były ciężkie i naprawdę intensywne. W tych „kluskach” specyficzny smak trufli, przed którym nas ostrzegano dodatkowo potęgowała ostra gorgonzola. Smakowo bardzo interesujące doznania, jednak wizualnie ta kompozycja prezentowała się dość… można powiedzieć nudnie. Talerz z gnocchi dosłownie wołał o akcent w postaci świeżego warzywa, może jakichś ziół. Taki element przełamałby lepką konsystencję dania.

Ponieważ porcje nie były ogromne, udało nam się zmieścić również deser. Panna cotta serwowana w Trattorii Bagatto nie tylko rewelacyjnie wyglądała, ale również obłędnie smakowała. Wszystko było idealne – kawałki świeżych owoców, nieco musu z papai, odrobina prawdziwej wanilii, a wszystko to ładnie ułożone na talerzyku. Jednym słowem, uczta dla łasuchów. Sposobem podania, jak łatwo się domyślić, nie cieszyliśmy się zbyt długo. Wkrótce po słodkościach rodem z Włoch pozostało jedynie przyjemne wspomnienie.

Jeśli pragniecie poczuć atmosferę słonecznej Italii, a z jakichś powodów nie możecie udać się w podróż na południe Europy, to przynajmniej z włoskiej kuchni nie musicie rezygnować. Jest na wyciągnięcie ręki. Pod względem kulinarnym Trattoria Bagatto to ciekawe miejsce. Wielkie brawa należą się za piadiny, doskonałe na lunch, czy przekąskę podczas spotkania ze znajomymi. Restauracja specjalizuje się w owocach morza. Degustację potraw z nimi w roli głównej musieliśmy jednak odłożyć na kolejną wizytę. Wybór makaronów, nawet po wykluczeniu tych z krewetkami czy małżami, jest spory, a przy tym wszystko przygotowywane jest ze świeżych składników i z dużą pieczołowitością. Trochę rzutuje to na czas oczekiwania, ale do licha, przecież nie oczekiwaliśmy fast food-u. Ceny w relacji do wielkości porcji raczej nie są zbyt niskie, ale w pełni uzasadnione przez jakość składników. Oczywiście nie ujawniamy przed Wami wszystkich smaków tego miejsca, bo i w menu pozostało jeszcze wiele przez nas nieodkrytych, choć apetycznie zapowiadających się dań. Pozostaje czerpać radość z ich odkrywania, czego sobie i Wam, Drodzy Czytelnicy serdecznie życzymy podczas letnich miesięcy.

Koniecznie przeczytaj całe sierpniowe wydanie magazynu antidatum.

Łucja i Artur