O istnieniu restauracji „Ulice miasta” wie zapewne każdy mieszkaniec Lublina, ponieważ nie trudno ją zauważyć. Dzieje się tak za sprawą lokalizacji w bezpośrednim sąsiedztwie Bramy Krakowskiej, pod którą zaczyna się zapewne 90% spotkań. Szyld jest dość charakterystyczny, stylizowany na coś na kształt secesji. Na stronie internetowej restauracji można przeczytać, że jest ona „stylową” i nawiązuje do historii Lublina, w szczególności do okresu dwudziestolecia międzywojennego. Jej wystrój ma „oddawać klimat lubelskich ulic i uliczek”. W kwestii menu dowiadujemy się, że składają się na nie „dania kuchni regionalnej, polskiej i staropolskiej”.

Nam nigdy jakoś nie przyszło do głowy, aby odwiedzić ten przybytek, jednak odkryli go znajomi, którzy przyjechali na kilka dni z dalekiej północy. Docenili jakość kuchni, zwłaszcza tej mięsnej, a także towarzyszących jej trunków. Jakiś czas później moi rodzice zachęceni tą opinią, spróbowali smażonych rydzów, które okazały się strzałem w dziesiątkę. Od tej pory moja wizyta w „Ulicach miasta” było tylko kwestią czasu.

Wybrałam się tam z koleżanką w bardzo ciepłe i słoneczne październikowe popołudnie. Ponieważ było tak pięknie, usiadłyśmy w ogródku, który estetycznie niestety niczym się nie wyróżnia spośród innych: standardowe meble plus parasole z logo producenta piwa, a to wszystko okraszone jaskrawo-zielonymi filcowymi bieżnikami rodem z OBI lub tak zwanego „Leroja Merlina”. W menu znalazłyśmy wiele ciekawie zapowiadających się pozycji, a naszą szczególną uwagę zwróciła oferta opracowana specjalnie na jesień. Monika zamówiła zupę dyniową z bekonem i prażonymi pestkami dyni oraz tagliatele z sosem cukiniowo-pomidorowym z kozim serem, a ja zupę-krem z pomidorów pellati z bazyliową pianką i grzankami oraz osławione smażone na maśle rydze z czosnkiem podawane na patelni.

Na dania czekałyśmy trochę niecierpliwie z powodu doskwierającego głodu, ale czas oczekiwania uprzyjemniało świetne towarzystwo i wspaniała pogoda. Zupę podano nam w niewyróżniających się naczyniach, a przyznam, że po restauracji inspirującej się dwudziestoleciem międzywojennym, spodziewałabym się czegoś więcej. Najważniejsza jest jednak zawartość. Zupa dyniowa Moniki była intensywnie pomarańczowa i podobnie doprawiona. Wiadomo jednak, że dyni służy ostre towarzystwo. Miłym akcentem w teksturze zupy-kremu okazały się pestki dyni, a boczek był dobrze przyrządzony, choć jego pokaźne kawałki stanowiły poważne wyzwanie dla osoby chcącej spożyć zupę z gracją. Mojej towarzyszce oczywiście się to udało, ale przecież nie na tym kuchnia polega, aby w imię estetyki podania (?) przyprawiać gościa o ekwilibrystyczne popisy. Mój krem z pomidorów wyglądał bardzo apetycznie, a unosząca się na nim biało-zielona pianka intrygująco. Niestety smak zupy był lekkim rozczarowaniem. Jak na mój gust była zbyt kwaśna i doprawiona za dużą ilością natki pietruszki. Niestety gwóźdź programu – rzeczona pianka nie przypominała w smaku bazylii, a raczej pikantny ser. Taki mocny dodatek do zupy pomidorowej może być dobrym pomysłem, jednak szkoda, że opis w karcie wprowadza klienta w błąd.

Po zupach przyszedł czas na dania główne (gwoli ścisłości, rydze znajdziecie w dziale gorących przekąsek, jednak wraz zupą z pewnością wypełni żołądek średniej wielkości kobiety, czy średnio-głodnego mężczyzny). Sos pomidorowy z cukinią i suszonymi pomidorami był całkiem smaczny, a z pewnością poprawny, szkoda tylko, że makaron okazał się być o kilka dobrych minut bardziej miękki niż „al dente”. Moje rydze podano w żeliwnym naczyniu w towarzystwie dwóch przypieczonych kawałków bagietki. Wielki plus należy się restauracji za to, że skwierczące rydze rzeczywiście skwierczały. Zdziwiła mnie jednak nieco ilość tłuszczu, z którą podano grzyby. Tutaj warto zaznaczyć, że nie jestem jakimś zdeklarowanym tłuszczo-fobem. Uwielbiam dobrą oliwę, regionalny rzepakowy, sezamowego do humusu też nie żałuję, a masło na świeżym chlebie to dla mnie poezja. Jednakowoż w konsumpcji wymarzonych rydzów nieco przeszkadzało mi to bajorko. Wymuszało też spożycie większej ilości pieczywa. Grzyby same w sobie wyróżniały się doskonałą jędrnością, jednak trochę za dużo było w nich smaku soli, a za mało aromatu rydzów. Z relacji innych wielbicieli darów lasu wiem, że rydze w „Ulicach miasta” potrafią znacznie różnić się smakiem w zależności… właśnie nie do końca wiadomo, od czego ten fenomen zależy. Zgodnie z najprostszą logiką, powinny być najlepsze jesienią, by wraz z upływem czasu coraz bardziej przesiąkać solą, w której są przechowywane. Możecie być pewni, że zgłębię to zjawisko i wrócę z rydzowym raportem.

Wraz z końcem naszego posiłku przyszła pora na podsumowania.  Jeszcze nie spotkałam się z lubelską restauracją, która cieszyłaby się tak mieszanymi opiniami wśród wielbicieli dobrej kuchni. Jedni są zachwyceni i powracają tam z ochotą, a inni utrzymują, że czasy świetności „Ulic miasta” dawno i bezpowrotnie przeminęły. Ja mam mieszane uczucia i sądzę, że jest na to tylko jedna recepta: muszę wkrótce wrócić, koniecznie w towarzystwie jakiegoś mięsożercy i zweryfikować swoje wrażenia. Również i Wam polecam zatrzymać się w restauracji obok Bramy Krakowskiej. Podejdźcie do niej z otwartym umysłem oraz kubkami smakowymi i nie zapomnijcie opisać nam swoich wrażeń!

Łucja