dom_słów_1

 

W małej lubelskiej drukarence

ogień się krzewił i rozjarzał

 

Wersy, które posłużyły mi za tytuł pochodzą z poematu Józefa Łobodowskiego Uczta zadżumionych. Spory jego fragment poświęcony jest lubelskim drukarzom i pewnej drukarni, w której także on sam drukował swoje utwory. Była to drukarnia „Popularna”, działająca od 1932 roku przy ul. Żmigród 1. Dziś, skręcając z Królewskiej w ulicę Żmigród, spadającą stromo w dół, widzimy niepozorną, wciąż jeszcze zaniedbaną kamienicę. Jedynie położone tuż za rogiem drzwi opatrzone szyldami komunikują, że to wejście do Domu Słów i Izby Drukarstwa. To jedna z ciekawszych instytucji kultury w naszym mieście. Dom Słów jest częścią Ośrodka „Brama Grodzka – Teatr NN”, łączy w sobie kilka funkcji: jest muzeum, galerią sztuki współczesnej, ośrodkiem edukacji artystycznej i historycznej. Jest też miejscem, w którym najmłodsi i ci nieco starsi mogą spędzić czas interesująco i pożytecznie. Realizowane są tu liczne projekty, adresowane do wyrobionego, świadomego swych oczekiwań odbiorcy, jak i działania o charakterze społecznym, ukierunkowane na najbliższe otoczenie – mieszkańców okolicy, dzieci z sąsiednich podwórek. Ideą nadrzędną programu jest rola i znaczenie słowa, zarówno mówionego, jak i drukowanego, w życiu człowieka. Wchodzimy do wnętrza utrzymanego w dość surowym, industrialnym klimacie. Dominuje surowa cegła odartych z tynków ścian, na których odczytać można skomplikowaną historię budynku, nawarstwiające się przebudowy i przeróbki. Podłogi i sufity to surowy beton z uwidocznionymi stalowymi belkami konstrukcyjnymi. Poziomy podłóg nieustannie się zmieniają, to opadają, to znów piętrzą w górę. Jakby budynek dostosowywał się do opadającego poziomu gruntu, na którym został zbudowany. Pomieszczenia rozwijają się amfiladowo, kluczą meandrami. To wszystko nie stwarza jednak wrażenia chaosu, braku dyscypliny w organizacji funkcji poszczególnych pomieszczeń. Wręcz przeciwnie, wchodząc do środka od razu mamy przyjemne odczucia – przestrzeń, choć surowa, emanuje przyjaznym klimatem i ciepłem, aż chce się kluczyć i myszkować po licznych zakątkach. Wszędzie znajdujemy eksponaty związane ze słowem: drukowanym i mówionym. Na podłogach i ścianach umieszczono niezliczone cytaty, naniesione różnymi duktami druku. Ci, którzy znają style typografii, z łatwością rozróżnią teksty przedwojenne od tych pochodzących z czasów PRL-u. Ekspozycja bardzo dobitnie uświadamia nam, jaką siłę ma słowo, i to mówione i drukowane. Jedno przyjście tutaj to za mało, nawet bardzo uważne prześledzenie ekspozycji nie wystarcza. Tu trzeba bywać, najlepiej uczestnicząc w proponowanych nam aktywnościach.

Ale idźmy dalej! Schody ukrywające się za załomem muru prowadzą nas w dół, na poziom piwnic. Tu chciałbym się zatrzymać na dłużej, bo mnie samego właśnie te piwnice fascynują najbardziej. Tutaj możemy prześledzić cały proces powstawania druku, od produkcji papieru aż po gotowy plakat, afisz, czy starannie oprawioną książkę. Przestrzeń tego żywego muzeum dzieli się na trzy pracownie:

Drukarnia i zecernia to cały park maszynowy i narzędzia potrzebne do składania oraz druku tekstów. Spora ich część to właśnie wyposażenie dawnej drukarni „Popularna”. Niektóre z maszyn są tak duże i ciężkie, że nawet na czas remontu nie usunięto ich z dawnego miejsca. Zecernia to tysiące ołowianych czcionek zamkniętych w szafach zecerskich, uporządkowanych według krojów i wielkości pisma. Znajdziemy tu też różne ozdobniki i ornamenty drukarskie. W drukarni zgromadzono maszyny drukarskie służące do odbijania tekstów w różnym formacie. Są tu i ręczne i mechaniczne prasy drukarskie. Niektóre mają już sto lat z okładem i wciąż są używane. To królestwo Pana Roberta Sawy. On składa i drukuje afisze, plakaty, ulotki i foldery, a także inne bardziej wyrafinowane prace typograficzne. Prowadzi też warsztaty, które przybliżają proces powstawania druku.

Dalsza część to jurysdykcja dwóch Pań:

Papiernię prowadzi Sylwia Woźniak. Tu pęki suszonych roślin, makulatura, nikomu niepotrzebne bawełniane szmaty, a nawet skórki od bananów zamieniają się w arkusze papieru. Ten bywa różny, od grubych mięsistych kart o wyraźnej, regularnej fakturze, po delikatne i przezroczyste jak mgiełka bibułki. Pani Sylwia wyczarowuje je z pozornie trywialnego materiału, podczas pracy ubrana w gumowy fartuch i kalosze. Produkcja papieru wymaga użycia dużej ilości wody. Obok odpornych na jej działanie stołów, mamy sita do czerpania papieru, stare prasy, które odciskają z niego nadmiar wody. Proces jego wytwarzania jest długotrwały i żmudny. Wymaga olbrzymiej wiedzy o naturze roślin, które są głównym surowcem i niesłychanej precyzji w odmierzaniu porcji celulozowej pulpy, tak aby potem papierowa karta miała odpowiednią grubość i inne oczekiwane parametry. Pani Sylwia prowadzi tutaj też warsztaty czerpania papieru. Takie zajęcia szczególnie fascynują dzieci, bo obok konkretnych efektów jest przy tym świetna zabawa. No i oczywiście leje się dużo wody. W pracowni można spróbować różnych technik, m.in. japońskiej.

Skoro mamy już papier wytworzony przez Sylwię i zadrukowany przez Roberta, stos luźnych kart wędruje do introligatorni. Tu rządzi Pani Alicja Magiera, a grube warstwy zadrukowanych kart zamieniają się w książki, których karty zszywane są różnymi technikami. Niektóre z nich praktykowane są już od dziesiątków stuleci. Aby blok zszytych kart stał się książką, wymaga jeszcze należytej oprawy. To także domena introligatora. Oprawy mogą mieć różne wykończenie, od szarego grubego kartonu, po pięknie wyprawioną, pachnącą skórę z głęboko przetłoczonymi napisami i złotymi ornamentami. Wyposażenie introligatorni to również spory kawałek lubelskiego drukarstwa i rozsianych po mieście dawnych pracowni introligatorskich. I w tej pracowni prowadzone są zajęcia warsztatowe.

Początkowo zagubieni i przytłoczeni mnogością maszyn i narzędzi zgromadzonych w Izbie Drukarskiej, powoli zaczynamy rozumieć cały skomplikowany proces powstawania druku. Nasi przewodnicy: Sylwia, Alicja i Robert cierpliwie wprowadzają nas w jego tajniki. Ale to dopiero początek, ta profesja ma wiele tajemnic. Gdy weźmiemy do ręki świeżo oprawioną książkę, usłyszymy trzask otwierających się kart, poczujemy pod palcami fakturę papieru i dukt odciśniętych w nim liter, rozumiemy, czym jest sztuka książki. Potem już żadna współczesna książka, drukowana na offsecie, czy techniką cyfrową, nie będzie nam już dostarczać większych emocji.

Litery śpią cichutko w kaszcie,

lecz zaraz czarodziejski sztylet

każe im wstać, gdy skroń pochylę,

kiedy w szeregu je policzę,

aż zaczną krzepnąć w szpalty tęgie.

I już są siłą, już zaprzęgiem,

szparko niosącym mój wehikuł.

 

Andrzej