jazzve2

 

Na początku maja w miejscu drugorzędnej pizzerii na rogu ulic Bernardyńskiej i Żmigrodu Anush Chilingaryan otworzyła ormiańską restaurację. Nazwała ją Jazzve, czyli tygielek.

O planach Anush mieliśmy okazję dowiedzieć się jakiś miesiąc wcześniej, kiedy odkrywaliśmy ormiańskie smaki w restauracji jej rodziców, mieszczącej się przy ul. Narutowicza Armenii. Anush opowiadała o swoim przedsięwzięciu z charakterystyczną dla siebie energią i żywiołowością. Z entuzjazmem zapowiadała, że jej knajpka będzie inna, chociaż także oparta na tradycyjnych potrawach kuchni ormiańskiej. Kusząca była obietnica ormiańskich trunków, jakie miały znaleźć się w menu. Te zapowiedzi sprawiły, że na otwarcie czekaliśmy z niecierpliwością. Wieczorem, 8 maja zjawiliśmy się na podwórku przy Bernardyńskiej 20, które przywitało nas aromatem rozmaitych przypraw, z nutą dymu wydobywającego się z opalanego drewnem pieca.

Piec jest w restauracji elementem ważnym, można powiedzieć oczkiem w głowie Anush. W pewnym sensie stanowi o ciągłości tradycji tego miejsca, bo służył jeszcze właścicielom pizzerii, chociaż śmiem twierdzić, że Anush robi z niego lepszy użytek. W Jazzve również dostaniemy pizzę, ale zupełnie inną. Cieszy się ona zresztą niemałą popularnością. To znak, że Ania jest kulinarnie otwarta i gotowa do znajdowania rozwiązań kompromisowych, godzących potrzeby klientów, smakoszy kuchni ormiańskiej oraz własne wizje i upodobania. Pizza jest naprawdę w porządku. Fajna alternatywa dla tych, którzy akurat nie mają ochoty eksperymentować ze smakami ormiańskiej kuchni, albo chcą sprawdzić, jak komponuje się danie rodem z Italii ze smakiem piwa Kilikia.

A teraz kilka słów o jedzeniu. Z kategorii przystawek udało nam się do tej pory spróbować pasty z czerwonej fasolki z czosnkiem i orzechami, doskonałych roladek bakłażanowych z orzechami, czosnkiem i koperkiem. Bardzo ciekawe połączenia smaków i zapachów. Orzechy włoskie doskonale komponują się z czosnkiem. Do pasty otrzymaliśmy nieco długo dojrzewającego sera o intensywnym smaku świetnie podkreślonym kompozycją przypraw.

Mięsożercy w Jazzve będą w swoim żywiole, dlatego że mięso tam przyrządzane naprawdę rozpływa się w ustach. Dopełnieniem doskonałej konsystencji są ostre przyprawy, które nadają charakteru potrawie. To, że nie sposób ich wszystkich zidentyfikować tylko podsyca niezwykły klimat kuchni z tego regionu świata. Haszlama była znakomita, nadzienie w czibureku wspaniałe. Niestety nie mieliśmy dotychczas okazji spróbować zachwalanego przez Anush, łamiącego stereotypy, prawdziwego ormiańskiego kebaba. Ale wszystko przed nami. Warto skusić się na sałatkę z grillowanych warzyw podawaną z lawaszem. Jest lekka, pyszna i trafi w gusta wegan i wegetarian.

Ciekawą propozycję w menu Jazzve stanowią napoje, zarówno te bez procentów (jest oranżada ormiańska), jak i z procentami. Jeśli chodzi o te ostatnie, można spróbować ormiańskiego wina i piwa. Dla wielbicieli mocniejszych trunków gratką będzie ormiańskie brandy. Wspomniane już piwo Kilikia występuje w trzech odmianach – jasne, półciemne i ciemne. Ciemne jest mocno goryczkowe, z pewnością przypadnie do gustu smakoszom złocistego napitku. Doskonale komponuje się ze smakiem dań przygotowywanych w Jazzve.

Podwórko restauracji jest pełne życia. Energia tego miejsca kumuluje się w biegających między skrzynkami i beczkami dzieciakach. Jest gwarno, serdecznie i przyjaźnie. Wnętrze zostało zaprojektowane ze smakiem, ale musimy przyznać, że nie spędziliśmy tam zbyt wiele czasu. Zbyt pociągające jest właśnie podwórko, pełne spontaniczności, nietuzinkowych mebli, roślin i urzekających zapachów. Zasiadając tam, możemy odnieść wrażenie, że trafiliśmy do zupełnie innego świata, w którym dominuje aromat kolendry. Jedynie odgłosy ulicy dobiegające zza ogrodzenia przypominają o rzeczywistości.

Podobno Jazzve – tygielek, to popularna nazwa dla kafejek i barów w Armenii. Kiedy byliśmy w restauracji na Narutowicza, Anush uraczyła nas prawdziwą, osobiście przygotowaną, nieprawdopodobnie aromatyczną kawą z tygielka zakupionego na lubelskim targu staroci. Dla nas ten tygielek jest symbolem wielokulturowości Lublina, ale nie tej będącej hasłem z przewodnika, lecz porywającej, ciągle barwnej i zaskakującej.

 Koniecznie przeczytaj całe czerwcowe wydanie magazynu antidatum.

   Łucja i Artur