DSC_6613

 

Kto ostatnio widział tasiemcową kolejkę do Lubelskiego Muzeum na Zamku? Tak wiem, to brzmi trochę nieprawdopodobnie. Jednak rzeczywiście zdarzyło się to 26 lutego tego roku. Podobno pierwszy raz od ponad dziesięciu lat. Kolejka stała od drzwi muzeum aż do schodów prowadzących w dół, do Placu Zamkowego. W tym dniu miał miejsce wernisaż i otwarcie wystawy malarstwa Zdzisława Beksińskiego. No i wszystko jasne. To nazwisko działa na widzów jak magnes. Ze zdziwieniem, nawet pewnym niesmakiem, reagują na to wyrafinowani krytycy sztuki. Bo krytyka generalnie Beksińskiego nie kocha. Niektórzy posądzają go nawet o kicz. Szczególnie negatywnie oceniany jest tzw. okres fantastyczny w jego twórczości.  Na szczęście, to widownia decyduje o tym, co ogląda. No i dokładnie dwa tygodnie trwania wystawy pokazuje, że Beksińskiego oglądamy chętnie. Przyglądając się publiczności widać, że nie ma tu też jakichś wyraźnych kategorii wiekowych. Przychodzą i równolatkowie nieżyjącego artysty, czyli ludzie po osiemdziesiątce, i dzieci szkolne. Przed jednym z obrazów zagadnął mnie młodzieniec, który pochwalił się tatuażem na ręce, z motywem zaczerpniętym z obrazu, przed którym właśnie staliśmy. Ciekaw jestem, co powiedziałby na to artysta, gdyby żył? Chyba byłby trochę zakłopotany.

Pomysł tej wystawy dojrzewał około roku, ale opłacało się. Wystawa rozłożona została na dwa etapy. Teraz mamy przekrojowy pokaz jego twórczości malarskiej, a 18 marca – w chwili, gdy będzie ukazywał się nasz magazyn, pokazana zostanie fotografia Beksińskiego, uzupełniona rysunkami. I sądzę, że największą wartość dla lubelskiej widowni będzie miała ta druga część. Bo chociaż próby fotograficzne były w jego twórczości zaledwie epizodem, to patrząc z perspektywy całego dorobku, śmiało można powiedzieć, że na tym polu był prawdziwym innowatorem. Niektóre z jego prac śmiało można by umieścić w historii fotografii światowej. I w tym stwierdzeniu nie ma jakiejkolwiek przesady. Tu nawet zawodowi krytycy są zdumiewająco zgodni. Jego właściwa twórczość fotograficzna zamyka się w latach 50-tych. Potem, a zwłaszcza w dobie fotografii cyfrowej, aparatu używał jedynie jako narzędzia dokumentacji życia, podobnie jak kamery wideo. Robił też fotografie, które w procesie cyfrowej obróbki i multiplikacji były tworzywem obrazów komputerowych. Wystawa w Muzeum Lubelskim jest doskonałą okazją poznania Beksińskiego w pigułce. Jej wyjątkowy walor leży właśnie w tej przekrojowości. Ci, którzy już widzieli, przyjdą ponownie po 18 marca. Wszyscy pozostali mają czas aż do początków maja. Jeśli ktoś z nas chciałby tą sztukę poznać dokładniej, postudiować ją, a może poddać się nastrojowi prac artysty, raczej powinien poczekać. Wybierzmy moment, gdy minie już efekt świeżości. Wszyscy ci, którzy lubią bywać już wystawę zaliczą, a w salach muzealnych zrobi się spokojniej i będziemy mogli z Beksińskim pobyć. Bo bez względu na oceny jego malarstwa, był to człowiek szczególny – określenie wyjątkowy nie będzie tu przesadą.

Jeśli twórczość malarza chcielibyśmy poznać dogłębnie, musimy podjąć wyprawę do Sanoka. Tu artysta się urodził, i tu kilka pokoleń jego przodków tworzyło elitę tego galicyjskiego miasta. W Sanoku wchodził w dorosłość i tu ukształtował się jako artysta. Tutaj żył i tworzył aż do lat 70-tych. Mimo, że drugą połowę życia spędził w Warszawie, gdzie w 2005 roku dosięgła go śmierć w tragicznych okolicznościach, rodzinne miast wybrał jako miejsce prezentacji swego dorobku. Jeszcze za życia do muzealnej kolekcji przeznaczał swe najlepsze prace, które sam wybierał. Po śmierci, cały dorobek artystyczny zapisem testamentowym przekazał Muzeum Historycznemu w Sanoku. Dziś ekspozycja liczy około 600 prac: fotografia, rysunki, grafiki, malarstwo, rzeźba i całe przepastne archiwum artysty. Sądzę, że to miejsce to najlepszy możliwy wybór. Muzeum jest nie tylko wykonawcą testamentu, ale przede wszystkim gromadzenie spuścizny artysty, badania nad nią i popularyzację traktuje jako autentyczną misję. Motorem tych działań jest Wiesław Banach, dyrektor muzeum. Historyk sztuki, który rozpoczął pracę w Sanoku tuż przed wyprowadzką artysty do Warszawy, ale w różny sposób towarzyszył mu niemal do ostatniego dnia życia. Jest też niewątpliwie człowiekiem, który znał go najlepiej. Dzięki jego inicjatywie odbudowane południowe skrzydło Zamku Królewskiego w Sanoku, w całości przeznaczono i zaprojektowano na ekspozycję prac najbardziej znanego dzisiaj sanoczanina.  Wędrując z góry w dół, nie tylko oglądamy prace Mistrza. Sanocka wystawa jest największą retrospektywną prezentacją twórczości artysty. Najdokładniej odzwierciedla rozwój i przemiany stylistyczno-formalne na przestrzeni kilkudziesięciu lat. W pewnym sensie daje też możliwość zanurzenia się w jego świecie. Możemy wejść do warszawskiej pracowni, w której tworzył do ostatnich dni, pieczołowicie zrekonstruowanej w przestrzeni muzealnej. Możemy posłuchać także jego głosu, z komentarzami do własnej twórczości i wypowiedziami „o sensie życia”, którego zagadka nie przestała go nurtować nawet na chwilę. Ten specyficzny dla niego nastrój grozy, niepokoju, tajemnicy pobudza naszą wyobraźnię, dotykając jednocześnie ukrytych gdzieś w głębi treści podświadomości. Podobnie, jak on sam, zaczynamy zastanawiać się nad fundamentalnymi kwestiami egzystencji – przemijaniem, cierpieniem, śmiercią – sensem ludzkiego istnienia.

Ciąg dalszy artykułu pzreczytasz w najbliższym wydaniu magazynu antidatum, które ukarze się 20 marca 2016.

Andrzej

 fot. Muzeum Historyczne w Sanoku