umea1

 

W lutowym wydaniu antidatum pisaliśmy o wegetariańsko-wegańskiej „Wyżerce – Garmażerce”, która podbiła nasze podniebienia bogactwem smaków, a wzrok nacieszyła kolorami. W tym miesiącu udaliśmy się do restauracji Umeå, w której także próżno szukać schabowego, czy udek z kurczaka. Po odwiedzeniu tego miejsca, na którego otwarcie tak długo czekaliśmy, jesteśmy pewni jednego – Umeå nie będzie nam się już kojarzyła wyłącznie ze szwedzkim miastem, ale również ze znakomitymi burgerami z seitanem.

A cóż to jest ten seitan, zapytacie. Sami długo nie wiedzieliśmy, a męskiej części antidatum to coś kojarzyło się bardziej z jakimś chwytem kung – fu, czy raczej dźwiękiem wydawanym przez mistrzów wschodnich sztuk walki podczas zadawania śmiertelnego ciosu. Tymczasem okazuje się, że ów seitan z państwem środka ma tylko tyle wspólnego, że bywa nazywany chińskim mięsem. I trzeba przyznać, że dobrze przyprawiony (a taki akurat był seitan pożarty przez nas w Umei), mięso imituje doskonale. Zagadkę seitana rozwiązaliśmy dość szybko. Uzyskuje się go podczas długotrwałego procesu wypłukiwania z mąki pszennej skrobi, czego rezultatem jest masa składająca się wyłącznie z białka. Po przyrządzeniu niezwykle wiernie imituje mięso, nie tylko ze względu  na smak (do tego potrzebna jest znaczna ilość dobrych przypraw), ale również strukturę. Podobnie jak prawdziwe mięso, seitan należy raczej do potraw ciężkostrawnych. Z wielu powodów może on być jednak dobrym sposobem na posiłek. U wiecznie głodnych nie pozostawia uczucia niedosytu, a zwolennicy mięsnych potraw nie powinni poczuć się w żaden sposób oszukani. Seitan rzecz jasna stanowi również doskonałe rozwiązanie dla osób, które stronią od mięsnych dań z powodów zdrowotnych, etycznych czy światopoglądowych. Tyle teorii, a teraz czas pochwalić Umeę za fantastycznie przygotowane burgery z seitanem i inne przysmaki.

Zacznijmy od tego, że w Umei zamówiliśmy zupę pomidorową z jarmużem, burgera z dzikim seitanem z sosem tzatziki i burgera split, który między wypiekanymi na miejscu połówkami bułki pomieścił aż dwa rodzaje kotleta: dziki sejtan i sojowo-czosnkowy z mieszanką sosów BBQ i chili. W ramach deseru spałaszowaliśmy natomiast kulkę piernikową i kawałek ciasta – tofurnika z porzeczkami i wegańską galaretką wiśniową.

Zupa była dobra – ostra i rozgrzewająca, z dużymi i licznymi kawałkami warzyw. Z taką zupą kontratakująca zima od razu wydała się mniej straszna. Trudno było jednak skupić się na zupie, gdy na stół przywędrowały burgery – okazałe, pachnące i szalenie apetyczne. To, co zobaczyliśmy zwiastowało prawdziwą ucztę. I nie rozczarowaliśmy się. Wypiekane na miejscu bułki były świeże, chrupiące. Smaku dodawał im czarny sezam.  Warzywa (pomidor, kapusta czerwona, cebula i rzeżucha) świetnie komponowały się z „mięsem” – perfekcyjnie wysmażonym  i przyprawionym. Desery również dostarczyły nam przyjemnych wrażeń smakowych. Kulka piernikowa w sezamowej posypce była mięsista i lepka w konsystencji, a jednocześnie miała w sobie nieco chrupkości, za którą odpowiedzialne były orzeszki ziemne. Ciasto również świetne, chociaż do wegańskiej galaretki (bez żelatyny) jeszcze będziemy musieli się przekonać. Warto dodać, że menu restauracji jednorazowo nie jest szczególnie szerokie, ale co kilka dni można zjeść coś innego, dlatego warto śledzić poczynania ludzi z Umei na popularnym portalu społecznościowym.

Wnętrze restauracji zostało zaprojektowane w bardzo przemyślany sposób. Surowe drewno, jasne kolory i dużo światła – tak można je pokrótce scharakteryzować. Do Umei – nazywanej miastem brzóz – nawiązuje malowidło na jednej ze ścian. W urządzonych prosto, lecz ze smakiem wnętrzach nie zabrakło kącika zabaw dla dzieci oraz różnych typów krzeseł i siedzisk dla wygody klientów. Aranżacja przestrzeni nie jest bez znaczenia i w Umei chyba doskonale o tym wiedzą, bo wyposażenie i wystrój restauracji pozwala czerpać maksimum przyjemności z jedzenia i towarzyskich spotkań. Na pewno nie jest to miejsce pt. „zjedz co masz zjeść i wyjdź”. Mimo sporego zainteresowania i tak znajdzie się miejsce dla ociągających się amatorów seitana.

Ogólny werdykt, jak łatwo się domyślić musi być pozytywny. Może nam ktoś zarzucić, że żywimy szczególną sympatię do bezmięsnych knajpek. Nie będziemy zaprzeczać. Daleko nam jednak od fanatyzmu, a Umeę naszym zdaniem docenią różne frakcje, i wojujących kotletożerców, i bezkompromisowych pożeraczy zieleniny i kaszy. Cały ambaras bierze się jednak z czego innego. Umeå jawi nam się jako miejsce, które lansuje inny, dobry (zaraz wyjaśnimy dlaczego) sposób życia. Udowadnia, że zwyczajna czynność jedzenia można stać się czymś fajnym, nawet wtedy, gdy nie mamy czasu jakoś szczególnie go celebrować. Poza tym odsłania również zjawisko społecznie krzepiące, a mianowicie to, że młodzi i zaangażowani ludzie potrafią być w swoich przedsięwzięciach niesłychanie odpowiedzialni. Bynajmniej nie tylko wobec US czy ZUS, ale odpowiedzialni społecznie. Przykładem takiej odpowiedzialności może być fakt, że Umeå zaopatruje się w soki firmy Chmielnik Zdrój, która oferuje miejsca pracy osobom wychodzącym z alkoholizmu, a 10% dochodów przeznacza dla ubogich. Można odnieść wrażenie, że rozwój kultury jedzenia wkracza w nową fazę. Konsumpcja przestaje być wyłącznie egoistycznym aktem ukierunkowanym na przyjemność, ale staje się także okazją do wyrażenia własnych postaw i poglądów, jak się okazuje także formą zajęcia stanowiska w sprawach społecznych.

Wobec wszystkich tych rozważań społeczno światopoglądowych pozostaje uczynić tylko jedno – ruszyć do Umei na „burger sony”.

Koniecznie przeczytaj całe marcowe wydanie magazynu antidatum.

Łucja i Artur