tarlow_8

 

Chociaż jestem zdeklarowanym patriotą lubelskim, to więzi rodzinne łączą mnie też z Kielecczyzną. Przynajmniej kilkanaście razy w roku przemieszczam się trasą przez Kraśnik, dalej Annopol, na drugą stronę Wisły. Dlatego też moją uwagę przykuła informacja o otwarciu nowego mostu na Wiśle w Kamieniu, a więc niemal w połowie drogi pomiędzy Annopolem i Puławami. Przy okazji ostatniego wyjazdu w tamte strony postanowiłem wypróbować nową przeprawę. Sobota 5 grudnia doskonale nadawała się na taką wyprawę. Od rana świeciło słońce, niebo niemal bezchmurne, upstrzone jedynie białymi barankami obłoków. Pogoda jak o zupełnie innej porze roku. Jadąc przez Bełżyce, Opole Lubelskie, podziwiałem nowe drogi. Jeśli ktoś chce sprawnie pokonywać dystans, to zrobi to dogodnie, bo zarówno Bełżyce, Chodel, jak i Opole mają obwodnice. A że w sobotę ruch na drodze był znikomy, mogłem też podziwiać pofałdowany krajobraz, poprzecinany naprzemiennie szachownicą nagich o tej porze roku pól, plantacji malin i owocowych sadów. Już blisko Kamienia, na skraju Wyżyny Lubelskiej, z drogi otwiera się nagle rozległy widok na dolinę Wisły. Nieco po lewo dostrzegamy błyszczący nowością łuk mostu, a po prawo w oddali sylwetę Solca nad Wisłą. To dla mnie jedno z bardziej klimatycznych miasteczek doliny Wisły. Po zamku Kazimierza Wielkiego została tylko kupka kamieni. I żeby ją znaleźć trzeba się trochę potrudzić. Ale jadąc nowiutkim mostem, ponad płaskimi jak stół łąkami, na krawędzi skarpy, łatwo rozpoznamy sylwetki kościoła parafialnego, a dalej na lewo zespołu barokowego klasztoru. Miałem dylemat, czy skupić się na podziwianiu nowego mostu, czy też na krajobrazach. Już po mazowieckiej stronie Wisły, zwłaszcza w kierunku południowym, ciągną się chyba najpiękniejsze krajobrazowo obszary Małopolskiego Przełomu Wisły. Jadąc drogą w kierunku Bałtowa – co sygnalizują co jakiś czas reklamy „Parku Jurajskiego” – oddalamy się wprawdzie od Wisły, ale krajobrazy nie tracą na urodzie, bo wjeżdżamy w malowniczą dolinę Kamiennej, meandrującej kapryśnymi zakolami wśród łąk i sosnowych lasków. Celem mojej podróży był Tarłów, dla mnie miejsce wyjątkowo ważne, ale i przygodny turysta, zwłaszcza nie obeznany z historią sztuki polskiej, może przeżyć tu wielkie zaskoczenie. To za sprawą zabytku szczególnej wartości i urody – kościoła parafialnego Św. Trójcy. Góruje on nad rynkiem i nie sposób go przeoczyć. Idąc pod górę szpalerem kasztanowców przechodzimy przez bramę i przed naszymi oczami staję potężna fasada, zaskakująca bogactwem rzeźby i kolorów. Nad portalem głównego wejścia dostrzegamy herb Dębno rodziny Oleśnickich. To właśnie ostatni przedstawiciele tego rodu fundowali tą świątynię w swoich dobrach. Bogata fasada tylko zapowiada to, czego spodziewać się możemy we wnętrzu. Wprawdzie nawa ma na sklepieniu proste płycinowe podziały, ale już prezbiterium wręcz kipi od bogactwa sztukatorskich dekoracji. Wśród nich także wielokrotnie powtarza się herb fundatorów. Korpus kościoła od południa i północy flankują kaplice kopułowe. My skręcamy do południowej, także opatrzonej herbem Dębno w bogatym przeźroczu nad arkadą wejściową. To kaplica Pana Jezusa, zwana też „Dobrej Śmierci”. Drugie wezwanie doskonale tłumaczy program ikonograficzny jej dekoracji. Znów są to sztukaterie, delikatnie podkolorowane. Tej trudnej i wymagającej techniki użyli XVII wieczni mistrzowie do skomponowania kilkudziesięciu obrazów różnej wielkości, układających się tematycznie w ideę triumfu śmierci nad życiem i równości wszystkich wobec śmierci. Wchodząc do wnętrza nikt nie pozostaje obojętny. Program scen brzmi jak jedno wielkie „memento mori”. Zderzenie bogactwa i wyrafinowania tej sztuki z szokującą dzisiejszego widza tematyką, jawi się jak kwintesencja kultury dojrzałego baroku. Nie bez powodu Jarosław Iwaszkiewicz jeżdżąc z Warszawy przez Tarłów do swego ukochanego Sandomierza, zatrzymywał się tu za każdym razem, czemu dawał wielokrotnie wyraz w swoich utworach.

Gdy zasiadałem do pisania tego tekstu, zamysłem była relacja z nowej drogi i mostu, jako dogodnego połączenia Lubelszczyzny z Mazowszem, ale tak jakoś akcenty mi się poprzesuwały i kościół w Tarłowie zajął najwięcej miejsca. Wiadomo – historyk sztuki wszędzie znajdzie jakiś zabytek godny uwagi.

Andrzej