targ_2

 

Zakupy! U jednych to słowo wywołuje uśmiech na twarzy, wprawia w stan podniecenia, u innych odwrotnie – ataki paniki, albo biernej rezygnacji. Ci ostatni to realiści. Zakupy to czynność przykra, ale za cholerę nie da się jej uniknąć, podobnie jak okresowych wizyt u dentysty. Co innego zakupy codzienne. To rutyna. Masło, mleko, chleb, coś do niego. Wszystko do kosza, marsz wzdłuż półek dobrze znaną trasą w osiedlowym sklepiku, bez specjalnego namysłu, potem do kasy i po bólu. Ale kilka razy w roku, a zwłaszcza przed świętami, nawet zakupy spożywcze stają się wyzwaniem. Nie tylko ze względu na ilość kupowanych produktów – wciąż świąteczność podkreślamy nadprodukcją wszelkiego jadła, ale i na ich rodzaj. Wielu z nas kulinarną odświętność chciałoby podkreślić produktami innymi niż te codzienne. Udajemy się więc na wszelkiego typu targowiska, gdzie – przynajmniej tak nam się wydaje – dostaniemy wszystko świeżutkie, naturalne, nie przetworzone, prosto od producenta. Takimi miejscami są tradycyjne targowiska i w ostatnich latach coraz bardziej popularne kiermasze przedświąteczne. Moda na ekologię wykreowała ponownie ten rodzaj handlu, który kiedyś był najbardziej popularną formą zakupów. Po produkty pierwszej potrzeby szło się na targowisko. W sklepach kupowało się przede wszystkim to, co niedostępne na lokalnym rynku, a zwłaszcza tzw. towary kolonialne. Targowiska były więc nieodłącznym elementem skupisk ludzkich. Często to właśnie wokół nich organizowało się osadnictwo. W średniowiecznym, a także nowożytnym mieście był najbardziej reprezentacyjnym jego centrum, ale i głównym miejscem handlu. Place targowe tworzyły koloryt miejsca, choć także generowały różnego typu problemy: sanitarne, obyczajowe, komunikacyjne i wiele innych. Dbałość o ład przestrzenny, podnoszenie standardu życia, prowadziły czasem do nieuchronnego ich rugowania, albo przynajmniej wyrzucania z centrów na peryferie, lub wręcz poza granice miast. Któż nie pamięta długotrwałej wojny władz Warszawy z handlowcami spod Pałacu Kultury. We wszystkich wiadomościach telewizyjnych i radiowych o tym mówili. A Lublin? Również miał i ma takie miejsca. Wiele z nich zmieniło się znacznie, utraciło swój koloryt. Zwolennicy postępu powiedzieliby – ucywilizowało się. Dzisiaj amator mleka prosto od krowy i innych wiejskich specjałów musi się trochę wysilić, aby je dostać. Choć wbrew pozorom, łatwiej to zrobić w okolicach centrum, niż w którejś z lubelskich sypialni. Przedwojenny i powojenny Lublin takich miejsc targowych miał wiele. Najbardziej popularny był plac targowy położony na terenie dawnych ogrodów szpitala Św. Ducha, tuż za magistratem. A więc na terenie do dzisiaj wolnego placu pomiędzy obecną ulicą Lubartowską (wtedy Nową) i Świętoduską. Po dawnej jego infrastrukturze zachował się jeszcze niski długi budynek z rytmem arkad w fasadzie widocznej od ulicy Świętoduskiej. To dawne jatki, w których lubelskie gospodynie i służące zaopatrywały się w świeże mięso. Cały ten targ nastawiony był na handel produktami wiejskimi. Tu rzeczywiście producent spotykał się z odbiorcą. Drugie takie miejsce zlokalizowane było nieco niżej, za żelaznym mostem na Cechówce. Duży plac w okolicach ulicy Lubartowskiej i Szerokiej – zwany targiem żydowskim, posiadał prawdziwą halę targową, zbudowaną w początkach XX wieku, w której mieściło się ponad czterdzieści sklepów i magazynowe zaplecze w piwnicach. Tuż przed wojną władze municypalne podjęły budowę miejskiej hali targowej przy Lubartowskiej. W sumie było tu ponad sto sklepów i stoisk. Starsi mieszkańcy Lublina pamiętają tą halę zw. „Koziołek”. Po wojnie zmieniła swą funkcję na sportowo – rozrywkową. Ale idea handlu w tym miejscu nie zaginęła. Tuż obok mamy funkcjonujący kilka dziesięcioleci targ przy dworcu autobusowym i położone nieco dalej targowisko przy Ruskiej. To ostatnie zachowało najwięcej z kolorytu typowego targowiska produktami żywnościowymi. Są zadaszone stragany z piętrzącymi się kolorowymi stosami owoców i warzyw. Wśród nich są i autentyczni wytwórcy i pośrednicy, którzy żyją tylko z handlu. Sprzedaje się mąkę, wszelkiego rodzaju kasze i przyprawy. Jest kilku stałych sprzedawców wszelkiego rodzaju staroci. Najbardziej ruchliwą grupę tworzą pokątni sprzedawcy papierosów, którzy konfidencjonalnym tonem oferują swój towar. Wzdłuż ulicy, czasami wręcz na chodniku rozsiedli się detaliści. Wystawiają najczęściej mleko prosto od krowy w plastikowych butelkach po wodzie mineralnej i napojach gazowanych. W rozchylonych torbach  prezentują się niezbyt apetycznie blade, patroszone wiejskie kury. Podobno – bo już sam tego nie pamiętam – ugotowany na nich rosół smakuje jak ten przedwojenny. I zapewne po jego powierzchni pływają żółte tłuste oka wielkości talerzy. Stoją starsze panie z wiankami czosnku, pęczkami natki pietruszki. Niesłychanie chodliwym towarem są wiejskie jaja. Niektórzy z producentów muszą hodować kury rekordzistki, bo zwożą ich całe kosze. Moje największe zaufanie wzbudzają detaliści. Są to najczęściej starsze panie z odrobiną towaru. Kilkanaście jajek, fasola w torebce po cukrze, śmietana we wtórnie wykorzystanym plastikowym pojemniku, kilka pęczków pietruszki i szczypiorku. Albo to nadwyżki z przydomowego ogródka i podwórka, albo produkty, z których same rezygnują, aby podreperować domowy budżet. Najbardziej lubię ten targ wiosną. Wtedy królują tu sadzonki kwiatów i warzyw. Wtedy też ruch tu największy. Dopiero, gdy zacząłem tu przychodzić kilka lat temu, uświadomiłem sobie, że można hodować przynajmniej kilka gatunków pomidorów i papryki, że łatwo znaleźć przynajmniej pięć rodzajów bazylii. Sprzedawcy to prawdziwi specjaliści, nie tylko opiszą, jakiej pielęgnacji wymaga zakupiona sadzonka, ale i jaką wielkość i smak będą miały owoce za kilka miesięcy. Wśród klientów dominują działkowcy – ci dokładnie wiedzą, czego potrzebują, ale z rozmów wywnioskować można, że pojawiają się i tacy, którzy podejmują dopiero pierwsze próby. Ponad niewielkim placem góruje Wzgórze Czwartkowskie z kościołem św. Mikołaja. To jedno z najstarszych centrów osadniczych Lublina i w okresie przedlokacyjnym prężny ośrodek handlowy. W zamknięciu perspektywy ulicy widzimy wieżę cerkwi, obecnie katedry prawosławnej. Tak więc, jest to miejsce nawarstwiania się historii, która zderza się z najbardziej elementarnymi potrzebami dnia współczesnego. Tym bardziej, że kilkadziesiąt lat temu był to obszar dzielnicy żydowskiej, której ludność żyła głównie z wytwórczości i handlu. Może w gorączce przedświątecznych zakupów trafią tu także ci, który wolą zaopatrywać się w wielkich centrach handlowych, gdzie niemal wszystkie produkty znajdziemy pod jednym dachem. Jeżeli nie potrzebujemy, albo nie mamy zaufania do towarów, których jakość, albo przynajmniej sposób sprzedaży, odbiegają od wyśrubowanych norm sanitarnych, to przyjdźmy przynajmniej popatrzeć. Nie tylko zapachy, ale i dźwięki są tu zupełnie inne. Dominuje gwar rozmów, a nie rozwrzeszczana muzyka świątecznych „kawałków”, których jedynym celem jest wprowadzenie nas w nastrój bezrefleksyjnego kupowania. W planach władz miasta jest uporządkowanie tej dzielnicy, nadanie jej bardziej „światowego” charakteru. Możemy być pewni, że w tych planach nie znajdzie się miejsce dla targu przy Ruskiej. Może stwierdzenie, że to jedne z ostatnich świąt, na które na tym targu możemy zaopatrzyć się w wiejską kurę, serek odciskany w bawełnianym woreczku, czy jaja od kur z wolnego wybiegu, brzmi zbyt katastroficznie. Pewne jest, że takie zmiany nastąpią. Jeżeli nie mamy ochoty próbować produktów tu sprzedawanych, posmakujmy chociaż atmosfery tego miejsca.

Andrzej