Mimo pięknej słonecznej pogody, która w Lublinie utrzymuje się przez cały tydzień, wyraźnie wyczuwamy, że przed zimą nie ma już odwrotu. Ci z nas, którzy muszą wychodzić z domu wcześnie, odczuwają to bardzo wyraźnie. W nocy mamy już kilkustopniowe przymrozki i bez cieplejszej kurtki oraz szalika nie wychodzimy. Wsiadając do samochodu musimy najpierw oczyścić oszronione szyby. Lada moment zacznie się ta najbardziej zgniła część jesieni, ta czarna (a raczej szara), dziura pomiędzy złotem i bielą.

Za kilka dni pierwszy listopada, czas wielkiej migracji Polaków. Celem wyjść i wyjazdów, bliższych, a w niektórych przypadkach całkiem odległych, będą groby naszych bliskich. To kolejna polska tradycja, przez niektórych przybyszów podziwiana, a przez innych z kolei postrzegana jako swego rodzaju pogańsko – katolicki zabobon i przejaw „niemodnej” już w nowoczesnym świecie religijności. My sami jakoś przesadnie głęboko nad tym się nie zastanawiamy, spieszymy na groby bliskich, bo tak trzeba, bo to przejaw naszej o nich pamięci, wyraz naszej z nimi duchowej łączności. Choć religia katolicka poucza, że w kalendarzu liturgicznym pierwszy listopada do dzień Wszystkich Świętych, a dopiero następnego dnia modlimy się za dusze zmarłych, to i tak, wierzący i niewierzący uparcie powtarzają, że pierwszego mamy Święto Zmarłych.

Nasze świętowanie w tym czasie wyraża się przede wszystkim w zewnętrznych oznakach i symbolach: sprzątamy groby, przynosimy na nie świeże kwiaty i wieńce i przede wszystkim palimy lampki. I tu chyba tkwi najpoważniejszy problem – kwestia proporcji pomiędzy zewnętrznymi przejawami i wymiarem duchowym i symbolicznym. Bo patrząc na groby w tym dniu, trzeba się zastanowić, czy dziesięć, w większości plastikowych, wiązanek chińskiej produkcji i kilkanaście płonących lampek, niektóre z pozytywkami, świadczy o większej pamięci i bardziej ścisłej łączności z naszymi bliskimi, którzy już odeszli?

Także same cmentarze w tym czasie porządnieją. Już od połowy października trwa na nich wzmożona krzątanina. To ważne, wszak cmentarze są integralnym elementem naszej kultury, wykraczającym poza swą utylitarną funkcję. Cmentarz jako wytwór jest istotnym elementem krajobrazu kulturowego, do zachowania którego przykładamy dziś coraz większe znaczenie. Niestety, taka świadomość i idące za nią działania, w przypadku wielu historycznych cmentarzy przyszła zbyt późno. Podporządkowane utylitarnym działaniom oraz prawu popytu i podaży zatraciły swój charakter. Na szczęście, najstarszy lubelski cmentarz przy ul. Lipowej jest pozytywnym przykładem. Zachował swą integralność. Dziś pieczołowicie chronimy i poddajemy zabiegom konserwatorskim najcenniejsze na nim nagrobki, ale nie zapominamy również o pokrywającej go zieleni. Wiele z drzew tam rosnących to już pomniki przyrody. Układ urbanistyczny cmentarza: podział na części i kwatery, umiejscowienie kaplic i przebieg najważniejszych alei, to nie wynik przypadku i żywiołowego rozrastania się nekropolii. W cmentarzu, jak nigdzie indziej, odnajdziemy zapis historii naszego miasta. Historię zbiorowości wielonarodowej i wielowyznaniowej oraz historię pojedynczych ludzi – jednostek. Nagrobki znamienitych obywateli naszego grodu, których nazwiska znamy niemal wszyscy, skromny grób zwyczajnego „Kowalskiego”, którego losy znane są jedynie jego najbliższej rodzinie i mogiły bezimiennych żołnierzy, poległych w kolejnych wojnach. „Lipowa” to jedna  z najstarszych nekropolii w Polsce. Pamiętajmy o tym także wtedy, gdy będziemy przechodzić obok kwestujących  na jego odnowę. Datek proporcjonalny do naszych możliwości, będzie wyrazem przywiązania do miasta i przejawem lokalnego patriotyzmu, ale także czysto ludzkiej pamięci o tych ”którzy nas poprzedzali”.

Ciąg dalszy przeczytasz w listopadowym wydaniu antidatum.

Andrzej