Od lat działa w Lublinie pizzeria Il Rifugio, jednak nie wszyscy o niej wiedzą. Dzieje się tak, ponieważ właściciele nie przykładają wagi do reklamy, a wieści o jej istnieniu rozchodzą się jedynie pocztą pantoflową. Nikłe są również szanse, że trafimy tam z ulicy, ponieważ ulica Oczki bynajmniej nie leży na głównym trakcie spacerowym Lublina. Dlaczego zatem w domu jednorodzinnym na osiedlu przy Abramowickiej, od środy do niedzieli aż roi się od miłośników największego włoskiego przysmaku? Najwyraźniej sprawdza się zasada, że jeśli produkt jest naprawdę doskonały, nie potrzebuje ani reklamy, ani nawet pięknego opakowania.

Właściciel i kucharz w jednej osobie pochodzi z Sardynii, o czym przypominają fotografie przedstawiające pejzaże tej włoskiej wyspy rozwieszone na ścianach lokalu. Centralnym miejscem urządzonego bez specjalnego polotu wnętrza jest opalany drewnem piec do pizzy, z którego wydobywa się wspaniały bukiet zapachów. Szlachetny dym miesza się z wonią pieczonego ciasta i doskonałej jakości składników. To właśnie jest ten słabo oprawiony brylant. To najlepsza pizza, jaką jedliśmy w Lublinie.

Ciasto jest bardzo cienkie, ale nie rozmaka pod ciężarem sosu, sera i dodatków. Bardzo charakterystyczne są lekkie, wypełnione powietrzem i mocno chrupiące brzegi. Istnieje wiele kombinacji dodatków, jednak wszystkie są naprawdę doskonałe. Nasza ulubiona quattro formaggi to wspaniała kompozycja sosu i serów, spośród których na pierwszy plan wysuwa się świetna gorgonzola. Inna lubiana pozycja to naprawdę bombowa bomba z doskonałym salami i karczochami. To nie wszystko, bo żeby było jeszcze bardziej wystrzałowo, na rzeczonej bombie znajdziemy także ser pleśniowy, szynkę i cebulę. Składniki te z odrobiną czosnkowej oliwy tworzą połączenie doskonałe. Prawdziwy szczyt rozkoszy można osiągnąć dopiero po dotarciu do środka niekształtnego placka gdzie zagęszczenie ingrediencji jest najwyższe… prawdziwa bomba, także kaloryczna ale przecież nie bywamy tam codziennie. W zależności od preferencji na naszej pizzy mogą się znaleźć świeże warzywa, owoce morza, włoskie wędliny i sery. Jeżeli po takiej uczcie mamy jeszcze choć odrobinę miejsca w żołądku, warto spróbować tradycyjnych deserów. W karcie znajdziemy panna cotta i tiramisu, które niestety nie zawsze są dostępne. Nam udało się spróbować tiramisu, które okazało się niezłe, wyważone, jednak nie podbiło naszych podniebień.

Reasumując, nie będziemy zachęcać do odwiedzenia „Włocha” bo, kto chociaż raz zakosztował specjałów serwowanych na Oczki na pewno stanie się stałym klientem tego przybytku. Nam wszak nie zależy na tym by w lokalu był większy tłok. Ostatnimi czasy odnieśliśmy wrażenie, że dość surowej w obyciu załodze „Il Rifuggio” także na tym nie zależy. Próżne są jednak ich wysiłki. I tak zamierzamy tam wrócić. Nawet przyprowadzimy tam swoich znajomych. Niech mają za swoje!

Łucja