Kilka lat temu dopadła mnie ciężka choroba o niezbyt groźnie brzmiącej nazwie – „węzełki”. Dobry diagnosta oceniłby pewnie, że to nie żadna choroba, tylko zwykły kaprys, taka zachcianka.

Już spieszę wyjaśnić, w czym rzecz.

Będąc w Londynie, w sklepie Thomasa Pinka, zobaczyłem srebrne i złote spinki w formie imitującej sznurkowe węzełki. Są to najtańsze spinki we wszystkich możliwych kolorach, które można dobrać do każdej koszuli z podwójnymi mankietami. W lepszych sklepach z męską odzieżą wystawiane są w dużych słojach. Te wyglądają jak naczynia z kolorowymi karmelkami, stojące na ladach dawnych sklepów ze słodyczami. Sznurkowe węzełki po to, aby zaspokoić męską próżność, bo niby takie zwyczajne – kawałek gumki w bawełnianym oplocie, zwinięty w dwa supełki połączone ze sobą, jednak łatwo przechodzą przez dziurki mankietów, są tanie – lepsze sklepy rozdają je nawet za darmo, a dzięki nieograniczonej wręcz palecie kolorów, można je dobrać do wszystkich zestawów kolorystycznych, a nawet uczynić głównym akcentem barwnym naszego stroju.

Ponieważ lubię koszule z podwójnymi mankietami i chętnie używam węzełkowych spinek, dlatego przykuły moją uwagę te w wersji metalowej od Pinka. Jednak po zorientowaniu się w ich cenach ochłonąłem nieco. Rozsądek kazał mi zrezygnować, ale wirus zagnieździł się w organizmie. I w minione wakacje znalazłem na niego lekarstwo. Postanowiłem – zrobię sobie takie u nas w Lublinie, wszak niemal na co drugiej ulicy w centrum mamy przynajmniej jeden zakład jubilerski. Wymyślić było łatwo, gorzej z wykonaniem. I znów, jak to często z rzemieślnikami bywa, w kilku miejscach usłyszałem, że się nie da, albo się nie opłaca. W jednym, czy drugim zakładzie podano mi cenę dużo wyższą niż w Londynie. Cierpliwość została jednak nagrodzona, znalazł się ktoś, kto zainteresował się moim pomysłem i szybko zgodził się go zrealizować za bardzo rozsądną cenę. Niestety do realizacji zamówienia nie doszło, ale odesłano mnie pod inny adres, do zakładu Pani Jolanty Jajszczyk przy ul. Narutowicza.

Ciąg dalszy przeczytasz w grudniowym wydaniu magazynu antidatum.

Poniżej możecie zobaczyć zdjęcia z procesu powstawania spinek i przeczytać opisy do nich.

Andrzej