śluszarz_2

 

Zasiedziali mieszkańcy Lublina dobrze znają nazwisko Popiołek. Było to przez długie dziesięciolecia nie tylko nazwisko, ale i nazwa, czy raczej synonim pewnej instytucji. Kiedy nożyce – podstawowe narzędzie pracy krawca, czy nóż – nieodzowny w gospodarstwie domowym odmawiały posłuszeństwa, przestawały ciąć i kroić, rzadko kto mówił: „idę do ślusarza naostrzyć narzędzia”. Posługiwano się skrótowym: „idę do Popiołka”. Bo Pan Popiołek to był spec nad spece, super ślusarz. I chociaż wykonywał niemal wszystkie roboty ślusarskie, to ceniony był przede wszystkim za perfekcyjne wręcz ostrzenie wszelkich narzędzi. Dorabiał też klucze i naprawiał zamki. Bo klucze mają naturalną skłonność do gubienia się. W czasach największej prosperity Pana Popiołka narzędzia służyły ludziom trochę inaczej niż dzisiaj. Nożyce krawieckie kupowało się na całe życie, a noża używano tak długo, aż jego ostrze od wielokrotnego ostrzenia stało się tak wiotkie i wąskie, że nóż trzeba było wymienić na nowy. Sam pamiętam z dzieciństwa największy nóż w kuchni mojej babci, służący do odkrawania kromek z wielkich bochnów chleba pieczonego każdej soboty w domowym piecu. Nazywaliśmy go szablą, z powodu rozmiarów i fantazyjnego kształtu ostrza, który powstał na skutek używania go przez kilkadziesiąt lat. Potem przyszła epoka narzędzi jednorazowych, albo takich, które marketingowcy nazywają nie tępiącymi się. Do produkcji zaprzężono niemal kosmiczną technikę, narzędzia ostrzy się laserowo. Całkiem niedawno zapanowała moda na noże ceramiczne. Podobno te nie wymagają ostrzenia.

Pan Popiołek prosperował aż do początków nowego tysiąclecia. Najpierw z powodu rosnących czynszów musiał opuścić podwórko przy Krakowskim Przedmieściu 60. Potem odsprzedał swój warsztat. Na szczęście znalazł godnego następcę. Jego firmy i zebranych latami praktyki, wiedzy i umiejętności nie spotkał los powszechny większości tradycyjnych profesji rzemieślniczych. Te w większości umierają z powodu braku następców, gotowych je podtrzymywać i rosnących kosztów utrzymania przedsiębiorstwa, głównie czynszów, które nawet dla małych warsztacików, zadawalających się kilkoma metrami kwadratowymi powierzchni użytkowej, są zbyt wygórowane w ścisłym centrum miasta. A tu właśnie klientów spodziewać się można najwięcej.

W końcowym okresie działalności Pana Popiołka, w jego warsztacie zaczął praktykować młody ślusarz Paweł Studziński. Początkowo przychodził popołudniami, po godzinach, bo już wtedy pracował zawodowo gdzie indziej. Chociaż miał stosowne wykształcenie – ukończył specjalność ślusarz – mechanik w Zespole Szkół Mechanicznych przy ul. Długosza, chciał zdobywać praktykę pod okiem prawdziwego mistrza. I w konsekwencji stał się jego następcą. Dziś, z perspektywy kilkunastu już lat można powiedzieć, że miał dobry plan na swe zawodowe życie. Musiał też mieć pasję do tego zajęcia. Czuć to wyraźnie, gdy opowiada o swojej pracy. Odkupił warsztat od swego mistrza i od 2004 roku prowadzi go przy ul. 1 Armii Wojska Polskiego 5, także w podwórku. Historia jest o tyle ciekawa, że pracuje „drzwi w drzwi” ze swoim bratem Sylwestrem Studzińskim, zajmującym się usługami kaletniczo -szewskimi.

Nawiązując do wcześniejszego wątku o narzędziach „jednorazowych”, czyli najczęściej tak podłej jakości i tak tanich, że bardziej opłaca się je wyrzucić i kupić nowe, niż oddać do naprawy, czy naostrzenia; lub tych drugich, rzekomo tak zaawansowanych technologicznie, że w ogóle nie wymagających ostrzenia, można zadać pytanie, czy jest popyt na tego typu usługi? Czy w tej profesji można się utrzymać? Na odpowiedź nie trzeba długo czekać, wystarczy wejść na podwórko przy 1 Armii 5. Co pięć minut wchodzi lub wychodzi jakiś klient. W warsztacie leżą poukładane w rzędach przedmiot czekające na poostrzenie, lub te już zaostrzone. Nic dziwnego – takich usług jest dziś w Lublinie jak na lekarstwo. Poza Panem Pawłem, drugi taki zakład znajdziemy przy Lubartowskiej ( wejście od Wodopojnej). Prowadzi go Ryszard Malczewski. Tak więc konkurencji w tym zawodzie w Lublinie nie ma. Na część świadczonych usług zapotrzebowanie jest cały rok: ostrzenie noży, nożyczek, cążek, wszelkich narzędzi tnących używanych w gospodarstwie domowym, np. siatek i noży maszynek do mielenia mięsa, dorabianie kluczy. Profesjonaliści różnych branaży także korzystają z tego rodzaju usług. Zakłady produkcji spożywczej: przetwórcy mięsa i piekarze, a także zakłady kosmetyczne i fryzjerskie współpracują nawet na zasadzie stałej umowy. Niektóre usługi mają charakter sezonowy. Zimą ostrzy się łyżwy, a sadownicy przygotowują narzędzia do prześwietleń drzew owocowych i ich szczepienia.

Ciąg dalszy artykułu pzreczytasz w najbliższym wydaniu magazynu antidatum, które ukarze się 20 lutego 2016.

Andrzej