Na początku grudnia, nieco zniechęcona przedwcześnie kreowanym tu i ówdzie świątecznym klimatem, postanowiłam zrobić coś co pokrzyżowałoby plany marketingowcom. Zamiast kupować bombki, upominki i robić zapasy mielonego maku i kiełbasy udałam się wraz z mężem (po bardzo niedługich namowach) na sushi. Wszak jest to danie z ryby więc można powiedzieć, że w jakimś sensie koresponduje ze świątecznym menu. Kulturowo jest jednak zjawiskiem na tyle odległym, że pozwala odpocząć od utartych schematów przedświątecznych bezmyślnie eksploatowanych w radio i telewizji.

Już na wstępie należy zaznaczyć, że wyrażenie „na sushi” znaczy w naszym rodzinnym słowniku „do Satori Sushi”. Zapyta ktoś skąd tak wąska perspektywa. Otóż stąd, że mimo usilnych starań do tej pory nie udało nam się znaleźć miejsca, w którym uraczono by nas tak doskonale przyrządzonym japońskim przysmakiem. Na ulicę Popiełuszki 8 dotarliśmy mocno zmarznięci. Powitało nas jak zwykle puste, choć całkiem przytulne wnętrze. Puste, bo większość klientów Satori wybiera jednak opcję dostawy domu, czego powodem może być lokalizacja restauracji. Prawdopodobnie adres Popiełuszki 8 niewielu amatorom surowej ryby jest „po drodze”. My jednak od początku wyznajemy zasadę, że sushi wymaga odpowiedniej oprawy. Swoje trzeba przedreptać, odczuć uroki (wątpliwe) zimy i dopiero wtedy można oddać się misterium smakowania rybnych wałeczków. Wnętrze restauracji jest bardzo proste. Nie jest to wprawdzie dzieło sztuki projektowania wnętrz, ale też w żaden sposób się nie narzuca. Po prostu miejsce, którego wyznacznikiem nie jest to jak wygląda, miejsce neutralne, w pewnym sensie uniwersalne. Po zdjęciu wszystkich warstw wierzchnich ubrania i przetarciu zaparowanych okularów przyszedł czas na najtrudniejsze – wybór dań z menu. Zawsze, gdy wybieram się do satori, obiecuję sobie, że tym razem dla urozmaicenia zamówię którąś z gorących potraw, jednak zawsze wygrywa sushi. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na zestaw nippon, rolkę jakuza maki, tiger futo i zieloną herbatę z wiśnią.

Po złożeniu zamówienia przyszedł czas, aby przesiąść się do baru i podenerwować swym wścibskim okiem szefa kuchni zwanego sushi masterem. Mistrz sushi wcale się jednak nie irytował, nie niecierpliwił i nawet nie narzekał na namolnych klientów. W ogóle okazał się bardzo przyjazny i miły. Mieliśmy okazję posłuchać o tajnikach zawijania i krojenia sushi, a przede wszystkim przekonać się na własne oczy, że Satori Sushi naprawdę nie ma nic do ukrycia. Kawałki ryb wyglądają i pachną tak, jakby jeszcze wczoraj pływały w przejrzystych wodach, warzywa są świeże, a serek Philadelphia to serek Philadelphia, a nie zamiennik rodem z supermarketu czy dyskontu. Warto wspomnieć też o sosach, które przecież potrafią zepsuć każdą, nawet najlepszą potrawę. W Satori nie ma się czego obawiać – są bardzo dobrej jakości.

Kiedy wspomnieliśmy, że nieszczególnie przepadamy za grillowanym łososiem, który akurat był składnikiem jednej z rolek zestawu, mistrz sushi sam zaproponował zamianę na surowy odpowiednik ryby. Indywidualne podejście do klienta jest atutem, który koniecznie trzeba tutaj podkreślić. Po miłej rozmowie oraz uczcie dla oczu przyszedł czas na ucztę zasadniczą. Mistrz sushi pięknie ułożył na desce wszystko, co zamówiliśmy, opatrzył to jeszcze słusznymi porcjami wasabi i marynowanego imbiru, po czym mogliśmy wreszcie przystąpić do konsumpcji…

Wszystko jak zwykle było perfekcyjne. Zestaw nippon jest doskonale skomponowany, przypadnie do gustu zwłaszcza tym, którzy tak jak ja nie przepadają za nigiri. Są tu dwa rodzaje hosomaki – z łososiem i ogórkiem, maki z łososiem, sałatą, ogórkiem i sosem teryaki oraz california maki z paluszkiem krabowym przykryte łososiem lub ikrą ryb latających. To tylko wycinek tego co znajdziemy w karcie. Menu satori zawiera więcej intrygujących zestawów i myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Ponadto, jak już pisałam, zawsze możemy poeksperymentować prosząc o zmianę któregoś ze składników.

Dwie dodatkowe rolki, które zamówiliśmy były po prostu doskonałe. Piszę tak nie tylko dlatego, że maki to mój ulubiony rodzaj sushi. Yakuza to wspaniała kompozycja krewetek, sałaty, awokado, ogórka i pikantnego majonezu, które po opieczeniu w tempurze tworzą prawdziwą symfonię smaków. Tiger futo, gdzie krewetka w tempurze współgra z tobiko, ogórkiem awokado i ostrym sosem, wcale nie ustępowała swojej poprzedniczce. Muzyczne porównania nie są wcale dziełem przypadku. Ten zwięzły opis wypadałoby zakończyć jednak poetycko. Dlatego postanowiłam spróbować swoich sił w haiku… Efekty zaprezentuję może jednak w następnym wydaniu.

Łucja