zegarek_1

 

Gdy oglądam reklamy najnowszych zegarków, mam pewien problem z koncentracją. Trudno mi się zdecydować, czy patrzeć na zegarek – którego i tak najczęściej jest zbyt mało, czy na modelki, gwiazdy filmowe, herosów sportu, którzy wybijają się na plan pierwszy. Firmy zegarmistrzowskie z równą starannością donoszą o wypuszczeniu na rynek nowego modelu, jak i wyborze nowego ambasadora marki. Któż taki pokazuje się z zegarkiem określonej marki na ręku i uczestniczy w ważniejszych firmowych eventach? Kilka pierwszych lepszych przykładów z brzegu. Omega: Cindy Crowford, George Clooney; Jaeger – LeCoultre: Diane Kruger; Hublot: Usain Bolt; Audemars Piguet: Leo Messi, Michale Schumacher, Novak Djokovic; Breitling: John Travolta, Dawid Beckham; Tag Heuer: Steve McQueen, Cristiano Ronaldo, Maria Sharapova, Cameron Diaz. Mógłbym wymieniać bez końca. Sami sławni, piękni, utalentowani, bogaci. Ani jednego przeciętnego Kowalskiego, czy jakiegoś anonimowego pana Smitha. Gdy w ostatnich miesiącach Jean-Claude Biver – ten czarodziej szwajcarskiej branży zegarmistrzowskiej – podjął się odświeżenia marki Tag Heuer, nakreślił plan jej rozwoju na najbliższe lata. Jednym z pierwszych jego posunięć było zaproszenie do współpracy Cary Delevigne. Czyżby ta piękna i bardzo młoda dama była specem od zegarków? Nie! Jest natomiast jedną z najbardziej rozpoznawalnych osób na świecie. To modelka, do której w mijającym roku należał świat modelingu i branży reklamowej. I to Biverowi wystarcza. On chce trafić z zegarkami Heuera do  pokolenia 20-latków. I Cara mu w tym pomoże. Nie musi się nawet znać na zegarku. Wystarczy, że jej śliczną buzię rozpoznają niemal wszyscy. Wiele dziewczyn, które chciałyby być jak ona zacznie od najprostszego posunięcia – wyda parę tysięcy euro na Heuera. Czy pomysły Jean-Claude Bivera zadziałają? Tego możemy być pewni. Jego osoba gwarantuje sukces. Znacząco przyczynił się do sukcesu firmy Audemars Piguet. Z małego niszowego Blancpaina uczynił topową markę. Dźwignął z zapaści Hublota. Dlatego, sądzić należy, że Cara Delevigne w jego misternej układance związanej z Tag Heuerem musi grać niepoślednią rolę.

Tak sobie pomyślałem – ja też chcę być ambasadorem jakiejś zegarkowej marki. Może nie jestem tak piękny jak Cindy czy Cara, ani tak boski jak Ronaldo, tak dojrzale przystojny jak Clooney. Ale chyba mam jakieś atuty? Sądzę, że przy odpowiednim budżecie nawet mnie dałoby się wywindować na szczyty popularności i rozpoznawalności. Tylko kto mnie zatrudni? Chętnych nie widzę więc postanowiłem zostać ambasadorem samozwańczym. W związku z powyższym mam pewien komfort, sam wybieram markę, którą będę promował. Właśnie się zdecydowałem- będzie to Zenith. Ci, którzy czytali moje dotychczasowe teksty zegarkowe, wiedzą dlaczego. Prezentowałem kilka posiadanych egzemplarzy, rozpisywałem się nad jej historią, filozofią, osiągnięciami technicznymi. Jest jeszcze jeden powód. W tym roku firma świętuje 150-lecie istnienia, a to kawał historii szwajcarskiego zegarmistrzostwa. W 1865 roku młody, bo zaledwie 22-letni Georges Favre-Jacot uczynił rewolucyjny krok w dotychczasowej produkcji zegarków, zestandaryzował produkcję części mechanizmów, tak aby bazowe komponenty mogły być stosowane w różnych kalibrach. W Le Locle, jednym z największych centrów zegarmistrzostwa, wzniósł manufakturę, w której jako jeden z pierwszych cały proces produkcji zegarka umieścił pod jednym dachem. Tu powstawały jednostkowe części, montowano i regulowano mechanizm oraz zamykano go w kopercie. To dawało możliwość kontroli produkcji na każdym jej etapie. Taka organizacja i zainteresowanie konstrukcją precyzyjnych mechanizmów doprowadziły do spektakularnych osiągnięć w dziedzinie chronometrii. Od początków XX wieku Zenith zaczął zdobywać najwyższe nagrody i wyróżnienia na wystawach światowych i konkursach ogłaszanych przez światowe obserwatoria astronomiczne. W dotychczasowej historii firma uzyskała ponad 300 patentów na swe rozwiązania techniczne. Zaledwie kilka lat po zorganizowaniu produkcji Georgie Favre-Jacot rozpoczął cykl biznesowych podróży do niemal wszystkich zakątków ówczesnego cywilizowanego świata. To zaowocowało wkrótce jedną z pierwszych i już precyzyjnie działających sieci dystrybucyjnych w przemyśle zegarmistrzowskim. Obok zegarków uniwersalnych Zenit wyspecjalizował się w produkcji modeli specjalnych: chronometry morskie, zegary i zegarki do nawigacji lotniczej – cywilnej i wojskowej, urządzenia do pomiarów sportowych. Największym sukcesem konstrukcyjnym był mechanizm El Primero, zaprezentowany 10 stycznia 1969 roku. Automat chronografu, wyposażony w koło kolumnowe, działający z częstotliwością 36,000 półwahnięć na godzinę. Była to w tym czasie największa szybkość oscylacji, co skutkowało pracą z dokładnością do 1/10 sekundy. Wtedy był to niezrównany rekord w konwencjonalnych zegarkach naręcznych. Osiągnięcia Zenitha moglibyśmy wymieniać i opisywać na kolejnych kilku stronach tekstu. W związku z jubileuszowymi obchodami są one przypominane w licznych publikacjach i na oficjalnej stronie marki. Dla zegarkowych maniaków najważniejsze jest to, że firma wypuściła kilka rocznicowych edycji zegarków, nawiązujących do sztandarowych modeli. Całkowicie retro wygląda Pilot Type 20 GMT. Zegarek lotnika z lat 30-tych i II Wojny Światowej, z bardzo dobrze czytelną grafiką tarczy, z koronką w formie potężnej cebulki, możliwej do obsługi nawet w grubych, lotniczych rękawicach. Pięknie wygląda rocznicowy model El Primero Chronomaster 1969. Grafika tarczy utrzymana w klimacie lat 60-tych, duże, tłoczkowe przyciski obsługujące funkcje chronografu. Ale mamy tu też wyraźne nawiązanie do stylistyki współczesnych Zenithów. Dodatkowe liczniki przesunięto pomiędzy godziny 3 i 6. Pomiędzy 9 – 11 powstało miejsce na okno w tarczy, przez które możemy podziwiać część pracującego mechanizmu. To jeden z najbardziej charakterystycznych motywów współczesnych modeli z serii El Primero. Najlepsze zostawiam na koniec. Hołdem złożonym założycielowi marki i gwiazdą rocznicowej edycji jest model o bardzo długiej nazwie: Zenith Academy Georges Favre –Jacot. Połączenie bardzo odległej tradycji i zaawansowanej współczesnej techniki. W dużej – 45 mm, ale klasycznej kopercie zamknięto mechanizm z regulatorem w formie ślimaka i łańcucha. To rozwiązanie stosowane było powszechnie już ponad 200 lat temu, potem zarzucono je całkowicie w zegarkach osobistych, zastępując balansem. Pozostało w chronometrach, stacjonarnych, np. morskich zegarach nawigacyjnych. System ślimaka i łańcucha oglądamy w podwójnym oknie pomiędzy 9 i 3 godz. Osie beczki i ślimaka łożyskowane są w dwóch wygiętych mostach. Nie wdając się w szczegóły warto powiedzieć, że w mechanizmie o średnicy 37 mm i wysokości 5,9 mm pracuje łańcuch o długości 18 cm, składający się z 575 części. Duże okno pozwalające śledzić pracę jest tak dominującym elementem tarczy, że pozostałe jej składniki należało sprowadzić do niezbędnego minimum. Między godz. 7 i 8 mamy tarczę sekundnika, a pomiędzy 4 i 6 wskaźnik rezerwy naciągu. Retro wskazówki z granatową błyszczącą oksydą kontrastują z kremową, lekko szorstką tarczą. Całość dopełniają kreskowe, proste indeksy. W okręgu tarczy sekundnika pojawia się złota pięcioramienna gwiazdka logo i nazwa ZENITH. Zegarek jest limitowany do 150 sztuk – to dla uczczenia 150-lat istnienia marki. Promocję modelu zsynchronizowano z uroczystościami rocznicowymi. Pokazywano go i sprzedawano w najbardziej spektakularnych salonach Zenitha, np.londyńskim Harrodsie. Cena ustalona została na 82,000 funtów, ale wszystkich zainteresowanych nie uda się zaspokoić. Jednak to już nie nasze zmartwienie.

Przyznacie Państwo sami – spektakularna marka, szacowny jubileusz. I chyba już nikogo nie dziwi, że mianowałem się ambasadorem Zenitha. Rok świętowania wkrótce się skończy, mam nadzieję, że zegarki z gwiazdką będą powstawać przynajmniej nastepne 150 lat. A ja każdego ranka, zakładając na rękę któregoś z moich Zenicików będę czuł się jak George Clooney czy Steve McQueen, bo chyba nie Cameron Diaz. W końcu jestem przecież tym ambasadorem.

Andrzej

Ps. o zenithach przeczytacie jescze tutaj:

Pomiędzy militarną prostoptą i art-dekowskim wyrafinowaniem

Zenith dla niemieckiej armii, dziś już przeniesiony do cywila

Zenith – niby „Pilot”, a do garnituru