końskowola1

 

 O tym, że różami Końskowola stoi na Lubelszczyźnie wiedzą wszyscy. Wiedzą też wszyscy producenci i miłośnicy tych kwiatów w Polsce. Dlatego „święto róż” ściąga do Końskowoli tak wiele osób. Niektórzy planują takie wyjazdy dużo wcześniej, nawet biorą urlop z tego powodu. Podobnie było też 19 i 20 lipca tego roku. Rejestracje parkujących samochodów, rozmowy zwiedzających wyraźnie pokazują, że święto ma już ponadregionalny charakter. I pomyśleć, że wszystką zaczęło się od jednej osoby 200 lat temu. Izabela z Flemingów Czartoryska, pani na Puławach, kobieta oświecona i ambitna założyła w Pożogu wzorcowy ogród. Sama była wielbicielką sztuki ogrodowej, tak bujnie rozwijającej się w XVIII wieku. Doświadczenia zbierała w Anglii – ojczyźnie ogrodów krajobrazowych, we Francji i Italii. Napisała podręcznik o sztuce tworzenia roślinnych kompozycji. Nowe idee wcielała w czyn w swoich dobrach. Wiedzą i pasją dzieliła się z innymi. W tej działalności widziała też potencjalne źródło zamożności mieszkańców okolic Puław. Dlatego sprowadzała wykształconych ogrodników, którzy nie tylko mięli hodować nowe rośliny, ale i uczyć tej sztuki poddanych księżnej. I tak powstała lokalna tradycja, która przekształciła się w lokalną specjalizację. Jadąc krętymi drogami pofałdowanych terenów Kazimierskiego Parku Krajobrazowego, dostrzegamy nie tylko piękno naturalnego krajobrazu, ale i równe rzędy upraw szkółkarskich, wśród których króluje róża. Podziwiamy też zadbane obejścia domów i mieszkańców pochylających się nad krzewami od kilku już pokoleń. Lokalna zamożność to nie efemeryczne fortuny wyrosłe w kilka lat. To efekt pracy, wiedzy, talentu i zapobiegliwości, które kumulują się od czasów Pani na Puławach.

Chodząc w niedzielny poranek po terenach wystawy i targów krzewów różanych, nie trudno zauważyć wystawców i hodowców z całego kraju. To dobrze – niech przyjeżdżają do nas. Niestety, pomimo obecności tak wielu sprzedawców, trudno wśród ich propozycji znaleźć gatunki, które zachwyciły nas na wystawie i natychmiast chcielibyśmy je mieć w swoim ogródku. Oferty wystawców i sprzedawców nieco się rozmijają, ale i tak trudno oprzeć się kolorom, formom i zapachom. W bagażniku wylądowało kilka doniczek z kwitnącymi już sadzonkami. A do Lublina wracaliśmy lekko zamroczeni mieszającymi się we wnętrzu samochodu zapachami. Mam nadzieję, że krzewy przetrwają zimę i w przyszłym roku zakwitną jeszcze obficiej.

Estetycznych doznań nie były w stanie zmącić nawet dźwięki dobiegające z aparatury nagłaśniającej, montowanej przed popołudniowym koncertem, ani zapach spalin wydobywających się z pokaźnego komina pięknego Lanc Buldoga – doskonale zachowanego zabytkowego ciągnika, który na chwilę przyciągnął uwagę nawet najbardziej zapamiętałych miłośników kolczastych krzewów. Gmina Końskowola to nie tylko hodowcy róż, to cały różany przemysł. Mnie szczególnie zainteresowało stoisko pod szyldem „Manufaktura Różana”. Jej specjalnością są przetwory z płatków i owoców róży. Właściciele z dumą prezentowali słoiki opatrzone nalepkami i zamknięte kolorowymi „czuprynkami”, butelki i buteleczki. Wszystko wypełnione konfiturami, marmoladami, syropami, różą w czystej postaci i kombinacjach z innymi owocami. Cieszy profesjonalizm podejścia marketingowego, dopracowana szata stylistyczna nalepek i opakowań, foldery informacyjne i otwartość na kontakty z klientami. Na pewno jeszcze o nich napiszemy.

To tylko kilka spostrzeżeń, do Końskowoli trzeba pojechać, nawet jeśli róże nas nie „kręcą”. Lokalny patriotyzm nakazuje wspierać i propagować takie działania, zwłaszcza wtedy, gdy nie są efektem chwilowego koniunkturalizmu, ale długotrwałej tradycji oraz źródłem lokalnej tożsamości.

Koniecznie przeczytaj całe sierpniowe wydanie magazynu antidatum.

Andrzej