wystawa_13

 

8 lipca o godzinie 18.00 na Zamku Lubelskim zjawił się niemal cały kulturalny Lublin. Stawili się też oficjele z Prezydentem Miasta i jednym z Marszałków Województwa na czele. Cóż ich wszystkich tutaj ściągnęło? Otwarcie wystawy „Re-lokacje”, towarzyszącej tegorocznej edycji festiwalu Wschód Kultury? A może wizyta Pani Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego na tym wernisażu? A w salach muzealnych panował piekielny upał, wino było zbyt ciepłe, tak samo woda. Nie pozostało więc nic innego, jak słuchać okolicznościowych przemów i oglądać obrazy. Na wernisażu trudno oglądać, lepiej robić to później w spokoju. Pozostało więc słuchanie. Pani minister Omilanowska była tak dobrze przygotowana, że niemal nie pozostawiła pola do popisu kuratorom wystawy. Nową ekspozycję w Galerii Malarstwa XX wieku będzie można oglądać do września. Została zaplanowana jako swoisty szkic do nowej prezentacji zbiorów sztuki Muzeum Lubelskiego na Zamku. Planowane jest poszerzenie przestrzeni ekspozycyjnej dla sztuki ostatniego stulecia, co nastąpi po remoncie Galerii Malarstwa, do którego rozpoczęły się już przygotowania. Kto zetknął się kiedykolwiek ze zbiorami muzealnymi wie, że widz najczęściej ogląda przysłowiowy czubek góry lodowej. Przeważająca większość eksponatów skrywa się w przepastnych magazynach muzealnych. Nie dlatego, że zazdrośni muzealnicy ukrywają je przed widownią, ale najczęściej dlatego, że nie ma dla nich miejsca na ekspozycji. A czasami ograniczony wybór dyktują kryteria budowy scenariusza wystawy. Nie ma bardziej przygnębiającego widoku niż cała masa dzieł pogrążonych w mrocznych przestrzeniach magazynów. Wprawdzie często warunki przechowywania są tam lepsze niż na galerii, konserwatorzy czuwają nad ich należytą kondycją, ale dzieło odcięte od publiczności jest jak dzikie zwierzę zamknięte w klatce. Większą sztuką jest więc pomysł na pokazywanie własnych zbiorów, niż ściąganie na wystawy spektakularnych dzieł wielkich mistrzów. Bo to drugie to sytuacja odświętna, wydarzenie, które zdarza się raz na jakiś czas, a to pierwsze to codzienna praktyka i na interesującą wystawę opartą na własnych zbiorach naprawdę trzeba mieć pomysł. To właśnie wyjątkowo mocno podkreślała w swoim wystąpieniu minister Omilanowska.

Kuratorzy wystawy: Dorota Kubacka, Jacek Jaźwierski i Marcin Lachowski pokazali na wystawie obok prac ze zbiorów Muzeum Lubelskiego, także te pochodzące z innych kolekcji lubelskich, Galerii Labirynt oraz Lubelskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. Zabieg ten miał pewnie na celu większe nasycenie pokazu reprezentatywnymi przykładami dzieł współczesnych, w celu pokazania bardziej zróżnicowanych rozwiązań ideowych i formalnych. Wystawa odchodzi od tradycyjnych kryteriów porządkowania dzieł – całkowicie zarzuca układ chronologiczny. Autorzy starają się nas przekonać, że można znaleźć wspólną płaszczyznę dla dzieł jeszcze z XIX wieku, współczesnych wideoprojekcji i nowoczesnej fotografii. Że maleńki pejzaż stepowy Stanisławskiego i fotografia z przełomu XX/XXI wieku, nie muszą być sobie aż tak odległe. Problem prezentacji ludzkiego ciała można przybliżać pokazując akademicki akt, jak i zapis wideo, na którym artysta obnaża swe ciało, wątpliwej zresztą urody. Rozległy przedział czasowy w sztuce polskiej uporządkowano wokół czterech wątków tematycznych:

„Miejsce: pracownia artysty”

„Wyobrażenie: klasyczne piękno natury i estetyka obrazu”

„Widzenie: światło i kolor”

„Rozdarcie: pomiędzy wnętrzem a zewnętrznością”

To arbitralny wybór kuratorów, ale i propozycja wprowadzenia innej zasady porządkowania dzieł na galerii stałej. Zderzenia ponad chronologią budują nową sytuację, są w stanie silniej aktywizować widza, zmuszają do ustosunkowania się do tej propozycji. Pewnie wystawa będzie miała tyle samo zwolenników, co i krytyków, ale nie zgaśnie tuż po wernisażu. Szkoda tylko, że z powodu jednego czy dwóch zaprezentowanych na niej prac jest limitowana dla widzów od 16 roku życia. Mogła być – i chyba być miała – pokazem, który służyć będzie także wychowaniu nowej publiczności muzealnej.

Kto nie przyszedł na wernisaż nie musi żałować, Panią Minister może zobaczyć w telewizorze, a wino i tak było za ciepłe. Obrazy najlepiej ogląda się i tak w ciszy i spokoju, a nie w medialnym zgiełku i błyskach fleszy.

 Koniecznie przeczytaj całe lipcowe wydanie magazynu antidatum.

Andrzej