zenith_15

 

W zawartej w tytule tekstu opozycji kryje się tylko pozorna sprzeczność. Często istota genialnych rozwiązań – czy to konstrukcyjnych, czy estetycznych – polega na twórczym łączeniu sprzeczności. Ileż mamy przykładów, gdy projektant posługując się tradycyjnymi technikami wyrafinowanego rzemiosła konstruuje przedmioty o śmiałych, a nawet futurystycznych rozwiązaniach stylistycznych. A czasami odwrotnie, tradycyjna i stylistycznie oswojona forma skrywa najbardziej zaawansowane technicznie dzieło. Przykład to choćby słynne marki motoryzacyjne Ferrari i Maserati. Ferrari to dla mnie czysta abstrakcja, podziwiałem je jedynie przemykające ulicą. Ale jeden jedyny raz siedziałem przez chwilę we wnętrzu Maserati Quatroporte i wrażenia były niezapomniane. Nie fascynuje mnie motoryzacyjna technika, nie powalił na kolana silnik z podwójnym Turbo o charakterystycznej czerwonej pokrywie głowicy i trójzębem logo marki. Ale wnętrze! Kremowa skóra tapicerki o pięknym zapachu, drewno topoli włoskiej na desce rozdzielczej i drzwiach oraz dopracowane w najdrobniejszych szczegółach elementy wykończenia. Tu nikt nawet nie wpuścił projektanta z komputerem wyposażonym w najbardziej zaawansowane programy. Za tym projektem stoją liczne pokolenia koneserów, którzy wyrastali w otoczeniu prawdziwego piękna i sztuki najwyższej próby. Żyli w krajobrazie rozległych winnic i oliwkowych gajów, w kamiennych domach na wzgórzach, do których prowadzą wijące się drogi obsadzone szpalerami strzelistych cyprysów. A w niewielkich miasteczkach, w zaciszu starych warsztatów mistrzowie przekazują tajniki swego rzemieślniczego kunsztu wybranym uczniom. I tak przez pokolenia. Wsiadając do wnętrza Maserati natychmiast się to wyczuwa. Delikatne nieregularności w szwach tapicerki, sposób wypolerowania powierzchni drewna. Wszystko to wypieściła ręka rzemieślnika, prawdziwego mistrza w swej profesji. Wszystko na swoim miejscu, ani odrobiny taniego efekciarstwa. Nawet zegarek pośrodku konsoli jest mechaniczny, ręcznie nakręcany. To prawdziwy Cartier. Bo w takim samochodzie każdy szczegół jest ważny, dopełnia całości. Zachwycałem się wszystkimi najdrobniejszymi detalami wnętrza, harmonią elementów, jakością wykonania. Ale nie będę ukrywał, że to właśnie charakterystyczny, migdałowaty w kształcie zegarek Cartiera z wyraźnie widocznym po prawej stronie pokrętłem koronki, najbardziej przekonał mnie do tego wnętrza. Bo czasami pozornie mało istotne drobiazgi decydują o ostatecznym wrażeniu.

Tak też bywa z zegarkami, które kolekcjonuję. Przykładem tego jest kolejny Zenith, którego chciałbym dzisiaj przedstawić. Już chyba dwukrotnie deklarowałem moje upodobanie do tej marki. Dziś najstarszy z naręcznych egzemplarzy, jakie posiadam w swoim zbiorze. Zenity były pierwszą grupą zegarków, które zacząłem zbierać metodycznie. Zdecydowałem się na konkretną markę, rodzaj zegarka – naręczny i przedział czasowy – od pierwszych modeli naręcznych do „rewolucji kwarcowej”. Ten szczególnie mnie cieszy, bo doskonale odzwierciedla zarówno konkretny etap w ewolucji formy zegarka naręcznego, jak i filozofię założycieli marki Zenith. Zacznę najpierw od formy. Zegarek datowany jest na początek lat 20-tych XX wieku. Jak wiadomo, pierwsze modele zegarków naręcznych powstały w wyniku modyfikacji swych starczych braci kieszonkowców. Początkowo do zwykłego zegarka kieszonkowego przystosowano specjalny pasek, który pozwolił przenieść go z kieszeni spodni, czy specjalnej kieszonki kamizelki na nadgarstek. A po co? Żołnierz, początkowo tylko oficer, nie mógł nieustannie sięgać do kieszeni aby sprawdzić czas, potrzebny do prowadzenia działań operacyjnych. Mniej absorbujące i bardziej praktyczne było uniesienie ramienia i skierowanie wzroku na nadgarstek. To właśnie w okopach frontowych I Wojny Światowej wylansowano nową formę zegarka osobistego. Wkrótce do okrągłych kopert zaczęto dolutowywać druciane uszy do mocowania skórzanego paska, a koronkę naciągową przeniesiono z godziny 12 na 3. I to już był prawdziwy zegarek naręczny, choć jego kieszonkowa geneza wciąż była wyraźnie czytelna. Militarna funkcja wyrażała się też w grafice tarczy. Duże indeksy godzinowe, masywne i kontrastowe w kolorze wskazówki, miały zapewnić czytelność w każdych warunkach. Surowość, czasami wręcz rustykalność formy, zdradzała przeznaczenie.

Wojna się skończyła, ale niektórzy już nie mogli rozstać się z zegarkiem na rękę, mimo że kieszonkowy wciąż uchodził za bardziej stosowny dla gentlemana. Kolejnym krokiem w ewolucji formy był kształt poduszki, zasadniczo różny od kształtu zegarka kieszonkowego. Ale pozostały jeszcze te cienkie druciane uszy, jakby wtórnie dodane. Dopiero z czasem pojawiły się uszy w pełni zintegrowane z kopertą.

Mój Zenith jest właśnie taką niewielką poduszką wykonaną ze srebra, pokrytą dekoracjami w formie meandra i niewielkich listków, wykonanych techniką oksydacji srebra. Jest więc przedmiotem w pewnym sensie wyrafinowanym w swej artystycznym kształcie. Ale już grafika tarczy zdradza wojskowe powinowactwa. Duże arabskie cyfry indeksów godzinowych w oliwkowym kolorze, obwiedzione są cienkim czarnym konturem. Masywne szkieletowe wskazówki z oksydowanej na niebiesko stali, również mają oliwkowe wypełnienia. Grafiki tarczy dopełnia prosty napis Zenith, który był logo firmy przed pojawieniem się charakterystycznej pięcioramiennej gwiazdki. W okolicach godziny 6 mały sekundnik o podziałce skalowanej co pięć sekund, naprzemiennie indeksami kreskowymi i arabskimi cyferkami. I tu powracam do myśli wyrażonej w tytule tekstu. Teoretycznie wyrafinowana forma koperty i pokrywające ją delikatne dekoracje powinny kłócić się z rustykalną, militarną stylistyką tarczy. Ale tak nie jest. Elementy te doskonale ze sobą harmonizują. Zajrzyjmy teraz pod tylną pokrywę zegarka. Mechanizm to nie tani masowy składak – bo już wtedy takie powstawały w Szwajcarii. To prawdziwy „in house” Zenitha. Przez długie lata najlepszy z zenitowskich mechanizmów, przykład najwyższej jakości i precyzji. To za zegarek z tym mechanizmem nagrodzono firmę Grand Prix na Wystawie Światowej w Paryżu w 1900 roku. Oczywiście nagrodzonym zegarkiem była „kieszonka”, ale sukces zegarów naręcznych kilkanaście lat później, spowodował miniaturyzację mechanizmu z regulacją w formie tzw. „wąsa kapitana”. Na jednym ze zdjęć towarzyszących mojemu tekstowi zestawiam mechanizm oryginalny – kieszonkowy z nagrodzonego zegarka i późniejszą jego modyfikację. Jak wyraźnie widać, różnią je jedynie rozmiary. Obydwa miały doskonałe wartości robocze i chronometryczną precyzję. Wszystkie te cechy razem wzięte zapewniły Zenitowi uznanie międzynarodowej klienteli. Firma już w 1914 roku otworzyła w Londynie filię, która zajmowała się dystrybucją produktów marki na terenie Wielkiej Brytanii. Potem Zenith trafił także za ocean, stając się jedną z ulubionych marek prezydentów USA. Z upodobaniem nosili je przedstawiciele klanu Kennedy. Ale to już późniejsze dzieje.

Dzisiaj manufaktura Zenith wciąż konstruuje technicznie doskonałe chronometry, ale jakoś nie przekonuje mnie stylistycznymi rozwiązaniami. Moim zdaniem zbyt dużo w nich efekciarstwa. Nie to, co modele z lat z lat 20 – 60-tych. Choćby ten staruszek zaprezentowany dzisiaj. Może nie nadaje się już do codziennego noszenia, ale precyzją chodu nie ustępuje sześćdziesiąt lat młodszym kolegom. Pochodzenie zobowiązuje. Porównanie go ze wspomnianym na wstępie Maserati byłoby pewną przesadą. Ale i jego wspiera tradycja pokoleń rzemieślników, prawdziwych mistrzów w swej profesji i doskonała umiejętność połączenia wyrafinowanej formy z zaawansowaną techniką.

 Koniecznie przeczytaj całe lipcowe wydanie magazynu antidatum.

Andrzej