wiosna1

 

To już pół roku minęło od czasu, gdy ostatniego dnia lata prowadziłem Państwa ulubioną trasą moich pieszych wędrówek. Przyszła wiosna, dlaczego więc nie powtórzyć wycieczki z aparatem jako notatnikiem. Przyjechałem na wieś w piątek wieczorem. Sobota była pierwszym dniem wiosny. Pogoda piękna, słoneczna, kilkanaście stopni ciepła. Wyjść od razu rano, czy może trochę później? Może najpierw pogrzebię trochę w ogródku. Po jesieni pozostało kilka niedokonanych grządek. Spora część trawy nie wygrabiona ze starych liści. Postanowiłem najpierw nadrobić zaległości. I tak minął cały niemal dzień. Pomyślałem, że jeśli wyjdę w niedzielę rano, to przecież nikt nie zauważy, że to drugi, a nie pierwszy dzień wiosny. Przed wieczorem zdążyłem jeszcze pstryknąć krokusy, które były w pełni kwitnienia, jedną z pierwszych stokrotek, jaka pojawiła się na trawniku i zachodzące słońce. Nic nie zapowiadało zmiany pogody, noc też była wygwieżdżona.

Wstałem wcześnie, nastawiłem wodę na kawę i wyjrzałem przez okno. Totalne zaskoczenie – w powietrzu wirują pojedyncze drobinki śniegu, a na termometrze temperatura bliska zera. Gdy po pół godzinie wychodziłem, śnieg już się rozkręcał. Jeszcze szybko topniał, bo ziemia była nagrzana kilkudniowym słońcem, ale na liściach i suchej trawie było go coraz więcej. Gdy po dwóch godzinach wracałem, wszędzie było już biało. Nawet Misiek, pies sąsiadki miał zafrasowaną minę tą niespodziewaną zmianą aury. Tak oto zmienna marcowa pogoda obnażyła planowane przeze mnie fałszerstwo. Ale jakie to ma znaczenie, w końcu pierwszy dzień wiosny to tylko data w kalendarzu.

 Koniecznie przeczytaj całe kwietniowe wydanie magazynu antidatum.

Andrzej