Kolekcjonerstwo to świadome gromadzenie przedmiotów określonej kategorii. W mojej zegarkowej pasji uważam się za kolekcjonera. Nie zbieram wszystkich naręcznych zegarków, jakie wpadają w moje ręce. Gromadzę kilka określonych marek, a egzemplarze muszą spełniać pewne przyjęte z góry kryteria. Chociaż, im bardziej pogłębia się moja wiedza o zegarmistrzostwie i szwajcarskich manufakturach, tym częściej dopuszczam wyjątki w przyjętych kryteriach. Stąd w moim niewielkim zbiorze kilka niepasujących elementów.

Dzisiaj chciałbym pokazać takiego właśnie wyrzutka, co ciekawe, stał się on jednym z moich ulubieńców. Ale jak wiadomo – miłość jest ślepa, kocham go jak własne dziecko, choć to niestety bękart.

Zanim go przedstawię, kilka zdań na temat mody ostatnich lat, mody na zegarki specjalistyczne dla nurków. Kiedyś używane jako sprzęt, będący nieodzownym wyposażeniem nurkujących, stąd potoczne jego określenie „nurek”. 90 % noszonych dzisiaj tak chętnie nurków nie miało kontaktu z wodą, nie licząc przypadkowego zamoczenia przez nieuwagę podczas mycia rąk. Z niektórymi z nich, mimo wyraźnych zewnętrznych cech, nie dałoby się zejść pod wodę, bo tylko stroją się w piórka sprzętu do zadań specjalnych. Latem rzucają się wyraźniej w oczy, gdyż nie osłaniają ich długie rękawy. To wcale nie oznacza, że nosimy je w czasie wolnym, podczas wakacji, na urlopie, a więc wtedy, gdy przynajmniej teoretycznie możemy znaleźć się w sytuacji ekstremalnej. Dziś większość posiadaczy „nurka” nosi go 24 godz. na dobę, przez siedem dni w tygodniu. Noszą je także ludzie, którzy z racji zawodowych obowiązków występują w stroju formalnym – garniturze. Niestety, „nurek” w rozmiarze XXL nie jest zegarkiem garniturowym. Wszyscy, jeśli zwracamy uwagę na takie szczegóły, widzieliśmy spikera telewizyjnego przedstawiającego najnowsze wiadomości z potężną bryłą stali lub tytanu na nadgarstku, która nie ma prawa zmieścić się pod mankietem koszuli. Dodatkowo jeszcze, uwagę przyciąga grafika tarczy z licznymi funkcjami zaznaczonymi w różnych kolorach. Wystarczyłoby, aby taki pan odpiął mikrofon od klapy marynarki, wyszedł ze studia i już jest przygotowany do skoku na główkę w głębiny Rowu Mariańskiego. Jego zegarek takie ciśnienie wytrzyma. Podobnych obrazków dostarczają nam politycy, nie wszyscy oczywiście. Moim zdaniem w takim zegarku dobrze wygląda tylko agent Jej Królewskiej Mości James Bond, nawet jeśli udaje się właśnie na przyjęcie, wciśnięty w idealnie skrojony garnitur od Brioniego. Jemu to uchodzi, bo tu zegarek jest elementem pewnej konwencji przyjętej przez twórców tej filmowej postaci. Bond stał się też sprawcą całego zegarkowego zamieszania, to on w dużej mierze rozkręcił modę na zegarki ekstremalne. Z pewnością podkręcił też wskaźniki sprzedaży Rolexa Submarinera, a później Omegi Seamaster. Dziś każdy producent ma w swej ofercie jeden, a często kilka modeli nurków. I wcale nie wynika to z badań marketingowych, które wskazywałyby na gwałtowny wzrost liczby amatorów sportowego nurkowania. Moda – to właśnie ona nakręca koniunkturę. Dziś bardzo częsty obrazek, także na polskiej ulicy, to mężczyzna ubrany w wytaliowany garnitur, którego marynarka sięga z trudem do wysokości nerek, na szyi cieniutki skórzany śledź, a na nadgarstku olbrzymi kolorowy diver z tarczą we wszystkich kolorach tęczy, czasami nawet wyposażony w zawór helowy. Od powagi do śmieszności wiedzie bardzo krótka droga. Zgadzam się, że normy i konwencje są po to, aby je łamać, tylko potrzebne jest tu jeszcze to coś, wyjątkowe wyczucie! Inaczej zamienia się to jedynie w małpie naśladownictwo.

Ale dość już tych utyskiwań, wracam do głównego wątku. Na początek wytłumaczę się z tytułu. „Pięćdziesiąt sążni” to tłumaczenie angielskiej nazwy: Fifty Fathoms, kultowego modelu zegarka dla nurków szwajcarskiej manufaktury Blancpain. Pierwszy model zaprezentowany został w 1953 roku, a powstał na zlecenie elitarnej jednostki do zadań specjalnych, założonej w 1952 roku przy francuskim ministerstwie obrony narodowej. To jej dowódcy nakreślili parametry techniczne zegarka, który miał wejść w skład podstawowego wyposażenia technicznego jednostki. Spełnienie wyśrubowanych wymagań zleceniodawcy okazało się bardzo trudne, a dla niektórych wręcz niewykonalne. Dopiero Blancpain, firma, która do tej pory nie miała większych doświadczeń w produkcji czasomierzy specjalnych, co więcej, była uznanym, ale bardzo małym producentem, przygotowała koncept, który zadowolił dowódców jednostki. Być może stało się tak dlatego, że Jean-Jacques Fiechter, dyrektor generalny Blancpaina w latach 1950-1980, był prywatnie zapalonym amatorem nurkowania. Stworzony w ten sposób zegarek miał wszystkie podstawowe cechy zegarków dla nurków, które zachowały one do dzisiaj. Czarna tarcza, duże fluorescencyjne cyfry, proste masywne wskazówki, widoczne nawet w trudnych warunkach i obrotowy ząbkowany pierścień zamocowany na kopercie. Na nim indeksy i cyfry – także świecące w ciemności, po to, aby nurek tuż przed zejściem pod wodę mógł ustawić czas nurkowania, ustawiając punkt ”O” na pierścieniu według wskazówki minutowej. Wartości roboczych dopełniała duża wodoszczelność, właśnie 50 sążni – stąd jego nazwa. 50 sążni to w skali metrycznej 91,45 m. Taką głębokość uznawano wówczas za maksymalną bezpieczną przy nurkowaniu z aparatem tlenowym. Konstrukcja modelu była tak udana i niezawodna w użyciu, że szybko wszedł na wyposażenie jednostek marynarki wojennej wielu krajów: Izraela, Niemiec, Hiszpani, USA, a także Polski. Trafił też do sprzedaży dla cywilnych odbiorców. Na Zachodzie można go było kupić w specjalistycznych sklepach ze sprzętem do nurkowania. I choć w przeciągu 60-lat  istnienia jego wygląd zmieniał się kilkakrotnie, wciąż zachował wiele cech pierwowzoru. Oczywiście jeszcze bardziej zmieniło się jego wnętrze. Mechanizm nakręcany ręcznie zastąpiono automatem – to nie tylko dla podniesienia wygody użytkownika, ale głównie celem zachowania wodoszczelności. Mechanizm automatyczny nie wymaga tak częstego operowania koronką, przez osadzenie której w kopercie najczęściej przenikała w przeszłości wilgoć do mechanizmu. Do napędu Blancpain wykorzystuje dzisiaj tylko własne mechanizmy. Model Fifty Fathoms zdecydował też w dużym stopniu o sukcesie rynkowym wszystkich zegarków opatrzonych logo firmy. Rozwinęła ona prace nad własnymi mechanizmami, które wymagały olbrzymich nakładów. Obecnie, za najbardziej klasyczny uchodzi wersja odświeżona modelu, zaprezentowana w 2007 roku. Zastosowano w nim mechanizm kaliber 1315, stworzony w laboratoriach firmy specjalnie dla zegarków sportowych.

Ciąg dalszy przeczytasz w trzecim wydaniu magazynu antidatum

Andrzej