Z czym kojarzą Wam się bezmięsne pasztety? Ja jeszcze dwa lata temu znałam je jedynie w dwóch odsłonach. Pierwsza to pasztet z soczewicy upieczony jeszcze w głębokich latach dziewięćdziesiątych przez kogoś z rodziny. Specjał ten osypywał się z kanapki w trakcie jedzenia i trzeba było go popijać dużą ilością płynów, aby w ogóle zechciał przejść przez przełyk. Druga wersja to nafaszerowane chemią i obrzydliwe w smaku pasztety sojowe dostępne w sklepach, których imienia nawet nie chcę wymawiać. Co więc sprawiło, że sama wzięłam się za pieczenie warzywnego pasztetu? Zapewne przekora, potrzeba „czegoś na kanapkę” i chęć odczarowania tak negatywnie kojarzącego się wypieku. Początkowo przejrzałam oczywiście ulubione blogi kulinarne. Wiedziałam, że chcę użyć zielonej soczewicy, której pięciokilowy worek leżał u mnie w kuchni. Z pomocą i tym razem przyszedł blog Strawberries from Poland. Pasztet z soczewicy z pieczonym czosnkiem jest moim ulubionym do dziś, choć wprowadziłam kilka zmian w przepisie.

Zazwyczaj nie mam czasu piec wcześniej czosnku, więc kroję drobno całą główkę i wrzucam na patelnie, na której uprzednio podgrzałam na dwóch łyżkach oliwy łyżeczkę mielonego kuminu. Po dwóch minutach dodaję pokrojone w kostkę cebulę lub dwie, dużą pietruszkę i dwie marchewki. Duszę je dość długo, aż warzywa porządnie zmiękną. W tym samym czasie gotuję w trzech szklankach wody z solą jedną szklankę wypłukanej soczewicy. Odcedzam ją i łączę z warzywami. Następnie na scenę wkracza blender. Miksuję wszystko tak, aby masa była dość gładka, ale z kawałkami warzyw i pojedynczymi ziarenkami soczewicy. Doprawiam pasztet solą, pieprzem i mielonym chili, ostatni raz próbuję i dodaję trzy jajka od kur naszej sąsiadki. Masę przelewam do keksówki, której dno wyłożyłam papierem do pieczenia, wygładzam i piekę w 180°C przez 30-40 minut. Dokładnie studzę przed wyjęciem z formy.

Jest kilka zasad, które dotyczą większości bezmięsnych pasztetów. Im dokładniej rozdrobnimy składniki, im gładsza będzie masa, tym bardziej zwarty pasztet. Jeśli ktoś boi się rozpadania gotowego produktu, może dodać o jedno jajko więcej. Poza tym, taki pasztet dobrze jest dość mocno doprawić, aby nie był mdły. Soczewica akurat sama w sobie jest dość pikantna i charakterystyczna, ale gdy używamy na przykład kaszy jaglanej i cukinii, potrzebujemy czegoś, co nada naszemu pasztetowi charakteru. Wspaniale sprawdza się w tym przypadku kumin, który dodaje smakowi głębi. Na początku bałam się trochę, że łyżeczka tej przyprawy sprawi, że pasztet będzie smakował, jak falafel z budki z kebabem, jednak wcale tak nie jest. Dobrym pomysłem jest też dodatek świeżego lub suszonego chili. Ważną rolę spełnia nielubiana przez wielu pietruszka, która w tym przypadku jest doskonałym dopełnieniem smaku. Zauważyłam, że za każdym razem dodaję jej trochę więcej i nigdy nie jest za dużo.

Ogromną zaletą warzywnych pasztetów jest fakt, że można je komponować z bardzo różnymi dodatkami. Wizja jedzenia tradycyjnego mięsnego pasztetu z jajkiem na twardo lub miękko napawa mnie obrzydzeniem, natomiast ten z soczewicy smakuje z nim doskonale. Wspaniałym dodatkiem jest też ogórek kiszony lub pomidor. Jednakowoż, moim ulubionym towarzystwem dla pasztetu jest domowy chrzan prosto z ogródka  moich Teściów.

Uważam, że taki pasztet jest świetnym urozmaiceniem kanapkowej rutyny. Jeśli zatem znudziły Wam się sery i wędliny, koniecznie spróbujcie upiec własny. To doskonałe pole do rozwijania kreatywności w kuchni, zwłaszcza, że przepisy są zazwyczaj bardzo proste i można je dowolnie modyfikować.

Ps. Radzę Wam od razu upiec podwójną porcję, ponieważ pasztet bardzo szybko znika, a można go też zamrozić i w razie potrzeby mieć już gotowy.

Łucja