Niektórym wrzesień kojarzy się przede wszystkim z nową ramówką stacji telewizyjnych, które zrobią wiele by usadzić nas przed odbiornikami w coraz dłuższe wieczory mijającego właśnie lata. Odporni na te pokusy wydają się ci, którzy wieczorami sznurują sportowe obuwie by przemierzać lubelskie ulice, bulwary i inne spacerowe trasy. Pewnie różne są motywy, które popychają ich do podjęcia fizycznego wysiłku. Znawca aktualnych trendów skwituje „teraz taka moda”, a współczesny przodownik pracy doradzi by amatorzy biegania „za robotę się wzięli”. Nieważne. Istotne jest to, że biegacze na stałe wpisali się w lubelski krajobraz sprawiając, że ożywają szare chodniki i nawet najbardziej ponury krajobraz rozweseli czasem koszulka o jaskrawych barwach wesoło igrająca wśród pożółkłych liści czy zwałów brudnego śniegu. Na pohybel licznym malkontentom, którzy podczas każdego biegu ulicznego złorzeczą zamknięci w swoich samochodach, by potem wylewać hektolitry żółci na internetowych forach, zagorzali biegacze  uparcie zapisują się na kolejne organizowane w Lublinie zawody biegowe. Tych zaś w roku 2014 i 2015 nie zabraknie. Organizatorzy Maratonu Lubelskiego nie tylko z wielką pasją i oddaniem kontynuują podjęte inicjatywy, ale stwarzają również biegaczom kolejne okazje do sprawdzenia własnych sił. Już po raz trzeci będzie można wziąć udział w cyklu biegów „Cztery Dychy do Maratonu” przygotowujących do wiosennego biegu na dystansie 42 km 195 m. Nowością w tej odsłonie lubelskiego biegania są zawody pod hasłem „Chęć na Pięć”, które na pewno zainteresują osoby preferujące krótsze dystanse.

Czym jest nadchodząca jesień dla lubelskich biegaczy? Może okresem wytchnienia po gorących miesiącach, kiedy nawet spokojny trening wyciskał z organizmu ostatnie krople potu a wieczory zamiast wytchnienia przynosiły chmary owadów wciskających się do oczu, ust i nosa. Może receptą na uczucie tęsknoty za minionymi wakacjami, które pojawia się wraz z pierwszym chłodem. Może również formą odreagowania nagromadzonego w ciągu dnia napięcia. Wrzesień na Lubelszczyźnie zaczął się dla biegaczy gorąco, I Półmaratonem Lubartowskim Bez Granic, który odbył się w pierwszą niedzielę miesiąca, a w którym to sam miałem okazję wystartować. Uczestnicy biegu musieli zmierzyć się z ekstremalną temperaturą i trasą, która, jak się okazało w trakcie imprezy, tylko pozornie była łatwa. Zdradliwe podbiegi – łagodne i długie, niekończące się proste odcinki niemiłosiernie rozgrzanego asfaltu wystawiły na próbę wytrzymałość wielu biegaczy. Dla tych z czołówki z pewnością były przeszkodą w biciu rekordów. Trudy 21 – kilometrowego biegu dzielnie pomagali znosić zaangażowani wolontariusze i serdeczni mieszkańcy. Ci ostatni nie tylko oferowali nadprogramowe napoje odwodnionym biegaczom, ale zapewniali również cudowne orzeźwienie płynące prosto z wężów ogrodowych. Nie zabrakło oczywiście dopingu, który w niektórych miejscach miał formę zorganizowaną. Były pompony i przedszkolaki skandujące „Biegnij szybko jak pantera chociaż dzisiaj niedziela”. Nie jestem pewien, ale zdaje się słyszałem po drodze także instrumenty brzmiące jak wuwuzele. Te piękne obrazki na trasie były niesłychanie budujące. Wszechobecna życzliwość i przyjazne uśmiechy przypominały o szczytnym celu tego biegu, jakim było zebranie funduszy na leczenie małej Julki cierpiącej na rzadką wadę nóżek. Chociaż w trakcie biegu na twarzach wielu biegaczy malował się grymas, jakiego nie powstydziłby się nawet znany czeski długodystansowiec Emil Zátopek, to znikał on zaraz po przekroczeniu mety. Ukojenie po wysiłku przynosiły masaże, o które zadbali partnerzy i sponsorzy imprezy. Co tu dużo mówić, Lubartów na długo pozostanie w pamięci biegaczy i towarzyszących im rodzin. Bieg był pod każdym względem wzorowo zorganizowany, a jednocześnie miał ten niepowtarzalny urok małych imprez biegowych, w których udział daje ogromną satysfakcję i dużo radości.

Ciąg dalszy przeczytasz w trzecim wydaniu magazynu antidatum

Artur