hrabal5

źródło: czechofil.com

Wielu z nas codzienność przytłacza. Automatycznie wykonujemy zwyczajne czynności. Zwyczajnie idziemy do pracy, wracamy z niej robiąc zwyczajne zakupy, by później z tych zwykłych składników ugotować zwyczajny obiad. Nie muszę chyba dodawać, że później zwyczajnie spędzamy wieczór i kładziemy się spać. Nie ma nic złego w zwyczajności kolejnych dni, bo to one tworzą rosół życia, w którym pływają te barwniejsze i bardziej smakowite jego fragmenty. Gorzej, jeżeli zwyczajność zamienia się w bylejakość, która niszczy i spłaszcza, aż z pełnowymiarowych ludzi stajemy się tylko płaskorzeźbami.

Zazwyczaj poleca się, aby delikwent chory na bylejakość wyjechał, oderwał się na jakiś czas od swojej rzeczywistości i nabrał nowej perspektywy. Każdy wyjazd daje nam nowe wrażenia i uczy czegoś nowego, jednak w przypadku leczenia bylejakości jest jak lek przeciwbólowy, który maskuje objawy, ale nie leczy przyczyny choroby. Rozwiązaniem jest nauczyć się dostrzegać w codzienności rzeczy niezwykłe i wspaniałe, tak aby każdy dzień dawał nam powody do zachwytu, radości i innych intensywnych uczuć, które sprawiają, że jesteśmy trójwymiarowi.

W dzisiejszych czasach mamy mnóstwo narzędzi do tego, aby nasza codzienność nie była byle jaka. Media wbrew obiegowej opinii ogłupiają jedynie tych, którzy dają się ogłupić. Ludzie mądrzy i świadomi siebie wyciągają z nich to, co najlepsze.

Były jednak czasy, w których dostęp do mediów i sztuki był bardzo ograniczony, a bylejakość uważano niemal za cnotę. W tym szaro-czerwonym okresie, w mieście nad Wełtawą spotkało się trzech cudownych szaleńców, którzy z codzienności uczynili swoją boginię. Czcili ją nie tylko poezją, prozą i grafiką. Całe swoje życie uczynili wariackim happeningiem na jej cześć. Ci, którzy nie wiedzą, o kogo chodzi pomyślą pewnie, że zawsze i wszędzie jest jakaś zmanierowana bohema, która śpi do 16, a potem przeżywa metafizyczne uniesienia w oparach absyntu. Ci odszczepieńcy jednak wiedli swoje życie pomiędzy ciężką pracą w hucie, wynajmowanym mieszkaniem w robotniczej dzielnicy, knajpianymi spotkaniami ze znajomymi i nocnym tworzeniem, przelewaniem przetworzonych przez ich umysły wrażeń dnia na papier poprzez pióro lub prasę. Zadziwiające, jak ciężko i długo pracujący ludzie, którzy znajdowali czas na wielogodzinne dysputy i wypijanie hektolitrów piwa oraz weekendowe wypady na prowincję, byli w stanie stworzyć jeszcze artystyczny dorobek, który czynił ich wielkimi artystami. To tajemnica, którą bardzo chciałabym zrozumieć. Skupmy się jednak na tej poetyce codzienności, która połączyła prozaika, poetę i grafika. Bohumil Hrabal stał się znanym na całym świecie piewcą czeskiej normalności. W jego świecie życie w nymburskim browarze, knajpiane opowieści i wynajęte mieszkanie na Libni były warte opisania i piękne. Każde normalne życie zwykłego człowieka zaigrało w sobie dozę magii. Vladimir Boudnik kochał swoją pracę w hucie, wkładał w nią całe serce, a po powrocie do domu tworzył grafiki, które były esencją wszystkich wspaniałych doznań, jakich podczas całego dnia doświadczył. Ten trzeci to Egon Bondy, błękitny ptak tego towarzystwa i poeta, który wyrażał podziw poprzez dezaprobatę.

Na szczęście dla nas był też fotograf – Ladislav Michálek, który robił zdjęcia nieistniejącej już Libni i jej mieszkańcom. Większość znanych zdjęć Bohumila Hrabala jest jego autorstwa. Od jakiegoś czasu po polskich miastach krąży wystawa fotografii Michálka pod tytułem Magiczny świat Bohumila Hrabala. W ramach festiwalu Inne Brzmienia nawiedziła również krużganki lubelskiego klasztoru Dominikanów. Ci, którzy ją przegapili mogą wyruszyć w Polskę lub ograniczyć się do wyszukiwarki internetowej. Tym zaś, którzy o Hrabalu, Boudniku i Bondym nigdy nie słyszeli, z całego serca radzę nadrobić zaległości. Nie warto samemu pozbawiać się czegoś takiego! Za ich przykładem można sobie stworzyć własną niecodzienność.

Koniecznie przeczytaj całe sierpniowe wydanie magazynu antidatum.

Łucja