nieak_8_1

 

Lutowe nieaktualności zacznijmy może od artykułu, który opisując  zjawisko krótkotrwałe i z perspektywy czasu mało ważne, zawiadamia nas o wydarzeniu bardzo ważnym w dziejach Lublina – wprowadzeniu do ruchu autobusów miejskich. W Głosie Lubelskim z 21 stycznia 1925 roku, tuż pod tytułem „Exodus dorożkarzy” czytamy: „Komunikacja w naszym mieście, przez wprowadzenie autobusów została, co łacno stwierdzić należy, ulepszona”. Mocno antysemicko nastawiona redakcja Głosu  znalazła jednak jakieś „ale”: „Żałować tylko należy, że dane przedsiębiorstwo nie jest własnością firm chrześcijańskich lecz że prowadzą je żydzi białostoccy”. Następnie dowiadujemy się, że „obrót jednomiesięczny spółki autobusowej wynosił około 20 tysięcy złotych”, która to kwota miała amortyzować koszt zakupu „wozów samochodowych”. Dopiero po podaniu kwoty podatku uiszczanego na rzecz miasta przez przedsiębiorstwo oraz obruszeniu się na niską stawkę, autor artykułu przechodzi do jego meritum. „Od chwili wprowadzenia ruchu autobusowego dorożkarze stracili trzy czwarte klientów i jak się dowiadujemy brak zarobków zmusi pewną liczbę właścicieli jedno jak i dwukonek do opuszczenia naszego grodu”. Nasuwa się pytanie, co poczną ze sobą „dryndziarze” tak niecnie ograbieni przez postęp technologiczny. Dowiadujemy się, że „celem exodusu mają być miasta kresowe w tej liczbie Równe i Łuck”. Autor podaje, że liczba dorożkarzy zmuszonych do „przeniesienia się na inne bieżnie” dochodzi do czterdziestu. Dalej redaktor nie omieszkał zaznaczyć, że „wszyscy oni to Polacy, żydzi bowiem i ze względu na system wożenia i poparcie ludności żydowskiej jako tako wegetują”. Zjawisko to tłumaczy się solidarnością narodową, bowiem „żaden Żyd (…), gdy mu wypadnie skorzystać z dorożki nie wsiądzie do wehikułu goja, a katolik natomiast nie stara się przestrzegać komu powierza losy przewożenia swego korpusu z miejsca na miejsce i często sadowi się w dorożce mniejszościowej, odbierając w ten sposób zarobek rodakowi”. Na koniec Redaktor podpisujący się szumnie „Lux”, zapytuje społeczeństwo polskie, czy nie powinno bardziej dbać o swoje interesy.

Oderwijmy się na chwilę od trudnych tematów społecznych na rzecz rozrywki. 22 stycznia na łamach Głosu pojawia się afisz doskonale już naszym czytelnikom znanego przybytku”

Wielki Kino-Teatr Colosseum

Dziś! Dziś!

MIŁOŚĆ PODLOTKA

Dramat salonowo-sensacyjny

W 6-ciu aktach

W rolach słynny Norman Kerry, Anna Nilson

Sala dobrze ogrzana

Muzyka pod batutą prof. Stembrowicza

Kilka stron dalej pojawia się notatka ciekawa i egzotyczna dla dzisiejszego czytelnika raczej ze względu na przedmiot informacji niż jej treść. Tytuł „Przewóz gołębi pocztowych z zagranicy” od razu przykuł moją uwagę. Notatka jest nudna i dotyczy pozwoleń wydawanych przez Ministerstwo Skarbu, jednak przyznam, że fakt istnienia instytucji gołębia pocztowego u schyłku pierwszego ćwierćwiecza XX wieku nieco mnie zaskoczył. Do tej pory, choć „miesiącami o tym nie myślałam”, pokutowała we mnie naiwna wizja średniowiecznej królewny (a jakże) wysyłającej gołębiem pocztowym list do ukochanego.

Wróćmy jeszcze na chwilę do problemów ekonomiczno-społecznych, z którymi mieszkańcy Lublina zmagali się na początku 1925 roku, by potem móc przejść do elementów humorystycznych nie tylko z kroniki kryminalnej. W artykule pod tytułem „Ukrócenie lichwiarskich zakusów”, czytamy, że „przez dłuższy okres czasu rzeźnicy lubelscy i wędliniarze, w obawie surowych kar ściśle zastosowywali się do wyznaczanego przez magistracką komisję cennika.” Naturalną koleją rzeczy, po jakimś czasie „uległość ta oprzykszyła się im widocznie, albowiem znów niektórzy z nich pobierać poczęli ceny znacznie od wytycznych wyższe”. Na szczęście „w kombinacje te wczas wdała się miejscowa policja, która sporządziła szereg protokołów za lichwę mięsną”. Drżyjcie rzeźnicy i wędliniarze! Dalej następuje lista wymienionych z imienia i nazwiska ukaranych przedsiębiorców. Dowiadujemy się, że „lichwą mięsną” zhańbili się właściciele jatek przy ul. Bychawskiej, Foksal, Ruskiej, a nawet Krakowskim Przedmieściu.

W gazetach codziennych z pierwszej połowy XX wieku co prawda próżno szukać takiej ilości reklam różnego rodzaju leków, jak w dzisiejszych mediach, jednak w wydaniach zimowych miesięcy zdarzają się reklamy środków na ból gardła. Znalazłam dość osobliwy z dzisiejszego punktu widzenia wierszowany anons:

Kaszel i chrypkę

Pozbędziesz bez trudu,

Tylko cukierki Es. Em.

Dokażą tego cudu

Do nabycia w aptekach, drogerjach i składach. Gdzie nie ma – wysyła St. Michałowski

Poznań, Wrosiecka 4.

Pozostańmy przy temacie zdrowia, okazuje się, że sytuacja w lecznictwie okresu międzywojennego wcale nie była lepsza od dzisiejszej, a nawet jeśli było lepiej, też wciąż wychodziły na jaw coraz to nowe afery. W gazecie z 24 stycznia, pod tytułem „Nie mdlej w Kasie Chorych”, czytamy: „Jużeśmy trochę ustali w wyciąganiu na światło dzienne różnych kwiatków kaso chorobowych, sądziliśmy, że jakoś może to się poprawi, ale niestety dzień w dzień dowiadujemy się o różnych nieformalnościach”. Dalej autor zapewnia, że informować będzie swoich czytelników o „tych, które dybią na zdrowie ubezpieczonego” nie bacząc na to, „czy to komu miłem, czy mu to dogadza i czy za nim ktoś instancjonuje”. Dalej autor przechodzi do wydarzenia „ilustrującego pogotowie w Kasie Chorych”. „Onegdaj” do ambulatorium chirurgicznego przy Krakowskim przedmieściu zgłosił się z „chorą ręką” niejaki Józef Wypych, „uczeń majstra rzeźnickiego Szelaka”. Po założeniu okatrunku, „która to czynność zwykle jest bolesną, wyszedł Wypych na korytarz” i z bólu oraz osłabienia zemdlał. Ta chwila słabości miała dla niego poważne konsekwencje. „Zaalarmowane wypadkiem sanitariuszki pośpieszyły z pomocą i zaczęły twarz omdlałego zlewać jakimś rozczynem amoniakowym czy też karbolowym. Omdlały ocknął się, ale twarz miał całą oparzoną, oko zakrwawione a w nosie popękały mu naczynka krwionośne. Wszedłszy do Kasy Chorych z twarzą zdrową, wyszedł z silnym i dość dotkliwym oparzeniem. Pośpiech sanitariuszek naprawdę samarytański”. Na koniec autor zwraca się do swoich czytelników z ironiczną radą, aby „na przyszłość nie mdleli w instytucji ubezpieczeniowej a wynajdywali sobie odpowiedniejsze miejsce”.

Ciąg dalszy przeczytasz w lutowym wydaniu magazynu antidatum.

Łucja