Zgodnie z doniesieniami Głosu Lubelskiego, wrzesień 1924 roku był bardzo niespokojnym miesiącem. Burze, które nawiedzały Lubelszczyznę niszczyły domy, gospodarstwa, a wiatr wybijał szyby w oknach. Meteorologiczne niepokoje być może były przyczyną niepokojów w ludzkich umysłach, ponieważ czytając gazety z tego okresu łatwo zauważyć, że Lublin nawiedziła fala prób samobójczych. 17 września jeden z redaktorów Głosu pisze o trzech z nich w tekście pod tytułem „Manja samobójstw”. Na początku stwierdza, iż „od kilku dni w Lublinie mnożą się wypadki zamachów samobójczych i to wyłącznie wśród kobiet za pomocą otrucia – a powody zazwyczaj są błahe i małoznaczące.” Dziś raczej nikt z taką łatwością nie oceniłby cudzych motywów i problemów jako „błahe i małoznaczące”, a z pewnością nie podałby danych  niedoszłych samobójczyń w postaci imienia, nazwiska i dokładnego adresu zamieszkania: „onegdaj usiłowała otruć się jodyną 18letnia Chana Gut zamieszk. na ul. Grodzkiej 16.” Trzeba przyznać, że biedna Chana rzeczywiście miała osobliwy powód do samobójstwa, jednak wiadomo, że okres dojrzewania bywa trudny i bolesny. „Niedoszła samobójczyni odważyła się na ten szaleńczy krok w desperacji za obciętymi włosami, które, nawiasem mówiąc, sama uprzednio kazała sobie obciąć. Pogotowie Ratunkowe przepłukało jej żołądek, więc „nieszczęsna” Chana musi nadal żyć”. Następnie autor przechodzi do równie szczegółowego opisu dwóch kolejnych, na szczęście również udaremnionych przez pogotowie, samobójstw. Szesnastoletnia sierota zamieszkała przy ulicy Jezuickiej 13 „zbyt mocno przejęła się obmowami złośliwych ludzkich języków”. Trzecią amatorką jodyny okazała się być 23-letnia Zofia, która chciała wyleczyć tym osobliwym lekarstwem cierpienia zawiedzionej miłości. Redaktor wieńczy swój artykuł wartą do przytoczenia konkluzją: „Dziwne to jednak, że tak młode istoty stronią od życia. Tłumaczyć to chyba należy brakiem jedynie głębszego zastanowienia i opanowania podnieconych nerwów”.

W gazetach codziennych lat ’20 z każdym rokiem pojawia się znacznie więcej ogłoszeń i reklam. Niektóre z nich są bardzo ciekawie ilustrowane, a większość dla współczesnego odbiorcy zabawna. Możemy na przykład dowiedzieć się, że „Restauracja przy Hot. Centralnym obok Bramy Krakowskiej pod kierunkiem specjalisty wydaje śniadania obiady i kolacje, wszelkie trunki” wydawać by się mogło, że to już nadmiar szczęścia, jednak pod ogłoszenie widnieje jeszcze adnotacja: „Gorące przekąski, w niedzielę flaki”. Konsument pokrzepiony tymi wszystkimi smakołykami być może zapragnie spożytkować część uzyskanej energii w tańcu. Z pomocą przyjdzie mu „Szkołą tańców, plastyki i rytmiki b. artysty baletu Warszawskich Teatrów Rządowych i baletmistrza Władysława Abramowicza w lokalu Stowarzyszenia Urzędników Państwowych (plac Litewski obok kina „Corso”). Zapisy przyjmuje się od godziny 5-ej do 8-ej.” W tym przypadku również na koniec zachowano najlepsze: „Wyucza się ostatnie nowości. Specjalny kurs Mazura wyższego.”

W Głosie Lubelskim możemy znaleźć dział „Kącik dla Pań”, w którym kobiety mogły przeczytać głównie o najnowszych trendach w modzie, a także o wielu innych kobiecych sprawach takich, jak na przykład robótki ręczne. 21 września pojawił się artykuł pod tytułem „Sweater”. Jak nie trudno się domyślić, dotyczy on jednego z do dziś najbardziej popularnych, zwłaszcza jesienią i zimą, elementów garderoby. „Przez długie lata był sweater upartym konserwatystą. Nie godził się na żadne zmiany ani reformy. Jedwabny czy wełniany zawsze musiał mieć szalowy kołnierz i wielkie kieszenie. Spokojnie znosił też wszelkie zarzuty banalności, wiedząc, że gdyby zdradziły go kobiety wszystkich narodowości – zawsze znajdzie obronę w angielkach i skandynawkach, które cenią wysoko jego zalety sportowe.” Tu autor z lekką niekonsekwencją stwierdza, że sweter ulega jednak „prądom wiejącym ze stolicy Mody”. W tym sezonie powinien być biały, a nie kolorowy jak do tej pory. „Modne są też tak zwane sweatry „szkockie” z jedwabnymi rękami. (Polecamy kombinacje czarno-białe i biało-ponsowe) Od nich jeden już tylko krok do kamizeli bez rękawów, którą narzuca się na białą jedwabną bluzkę. Ma ona poważnego rywala w rozmaitych rodzajach bolerów.”

Ciąg dalszy przeczytasz w kolejnym wydaniu magazynu antidatum.

Łucja