nieak_16_2

 

Szanuj Ciężko zapracowany grosz!!!

Wiemy już, że w 1925 roku pojawiły się w Lublinie taksisy zwane dziś taksówkami. 2 października jeden z redaktorów Głosu Lubelskiego w notce pod tytułem „O palmę pierwszeństwa…” zauważa, że „konne dorożki zaczynają rywalizować z taksisami o palmę pierwszeństwa w ilości… przejechanych osób. Dn. 30 ub. m . Kożuchowski Michał dorożkarz widocznie dość niewyrobiony w powożeniu, przejechał Wawszczuka Józefa zam. Zamojska 27, wskutek czego został pociągnięty do odpowiedzialności.”

Większość osób wie, że dzisiejsze niewinne Muzeum na Zamku niegdyś miało zgoła inny profil. Nie wszyscy jednak wiedzą, że zarząd więzienia był całkiem gospodarny, o czym może nas przekonać takie oto ogłoszenie:

SZANUJ CIĘŻKO ZAPRACOWANY GROSZ!!!

Ubieraj, obuwaj i mebluj się w Dziale Pracy na

„ZAMKU” w Lublinie, który przyjmuje wszelkie roboty

wchodzące w zakres krawiectwa, szewstwa i stolarstwa.

Robotę wykonuje się szybko i solidnie oraz wg wymagań

ostatniej mody, po cenach niżej wszelk. konkurencji.

Warsztaty pozostają pod fachowym kierownictwem

zaangażowanych majstrów.

Wszelkie rysunki i kosztorysy sporządza się na miejscu.

ZAMÓW CO A PRZEKONASZ SIĘ.

Z poważaniem,

DZIAŁ PRACY WIĘZIENIA NA „ZAMKU”

Współcześnie szeroko mówi się o bezrobociu, o tym, że młodzi wykształceni ludzie nie mogą znaleźć pracy, a tych starszych i z doświadczeniem niejednokrotnie zwalnia się w wyniku redukcji stanowisk. Kilkukrotnie zdarzyły się anegdotyczne sytuacje, w których przedsiębiorcy oferowali stanowisko pracy za… opłatą, nie za zapłatą. Choć obecnie sytuacja na rynku pracy rzeczywiście nie jest wesoła, nie jest to pierwszy raz, kiedy możliwe są „Spekulacje na głodzie pracy”, jak ta: „Ignacy Wartacz zam. Przy ul. Foksal 30 padł ofiarą oszustwa. Oto w dn. 29 ub. m. niejaki Szymonek Franc wyraził chęć wyrobienia mu posady, przez jakiegoś nieznanego osobnika. Wartacz zgodził się na propozycję i poszedł z Szymonkiem do owego osobnika na Bronowicach. Tam po zapłaceniu 40 zł. i sutej libacji otrzymał adres na ul. Kalinowszczyzna N°45 do Pawła Tumiły, celem objęcia posady dozorcy domu – Wartacz udawszy się pod wskazanym adresem, skonstatował z przykrością, że jego przyszłego chlebodawcy tam zupełnie niema, ponieważ był on tylko wytworem bujnej wyobraźni oszustów – wykorzystujących na swój sposób głód pracy.”

Zadziwiająco często, gdy czytamy gazety sprzed kilkudziesięciu lat, nasuwa się nam stwierdzenie, ż artykuł o podobnej treści, choć napisany nieco innym językiem mógłby się pojawić we współczesnej prasie. Dotyczy to wielu aspektów życia i problemów społecznych, nie tylko dziurawych chodników i braków na rynku pracy. W Głosie z 2 października 1925, autor zadaje pytanie „Komu dajemy jałmużnę?” i odpowiada na nie: „Przed kościołem bernardynów siaduje stary, siwobrody żebrak, Syroka, a w okolicach wieży ciśnień kochanka jego Sulczyńska – lat około 60-ciu, śledzi pilnie tę chwilę kiedy najdroższy jej dostanie jałmużnę. Każdy wyżebrany przez Syrokę grosz – przechodzi do rąk Sulczyńskiej, która kupuje spirytus denaturat i oboje raczą się nim do utraty pamięci. Czasem do kompanji przyjmują niejaką Ogonowską – i zabawa „idzie” aż miło. Syroka od denaturatu już zaniewidział na jedno oko – nie powstrzymuje go to jednak od picia. Całą ta trójka często bardzo odwiedza komisariaty policyjne i bywa karana za opilstwo – jednak bez rezultatu. Odsiedzą karę, a po niej znów to samo. Nasuwa się tu mała uwaga pod adresem sklepów sprzedających denaturat. Czy nie należałoby zwracać uwagi komu się go sprzedaje i nie uwzględniać żądań takich ludzi jak np. Syroka lub Sulczyńska?”.

Okazuje się, że i pomysł barów, które serwują szybkie niedrogie przekąski oraz trunki na kieliszki nie jest w żadnym przypadku rzeczą nową. Mówi się, że wszystko już było i w wielu dziedzinach wydaje się to być prawdą. W wydaniu Głosu z 9 października 1925 roku możemy przeczytać o „Barze 20 groszy”.  „Jest to bar, w którym wszystko kosztuje 20 gr. bez względu na to czy jest to kieliszeczek szlachetnego trunku czy łososiowa kanapka. Na taki pomysł nader w tych ciężkich czasach szczęśliwy wpadł pewien restaurator, długoletni współpracownik Hawełki w Krakowie p. Stanisław H. U Hippa będzie się jadać na hipcika bowiem mąż ten jest wrogiem siedzenia (może to jakie przykre wspominki) dość, że w jego „barze” mają być długie półki przy których a la fourszette i a la minute, człek będzie mógł się pożywić w przelocie na stojąco. Bar ma być otworzony w połowie października w jednym z tajemniczo zabitych deskami sklepów p. Radigera przy ul. Kościuszki.”

Koniecznie przeczytaj całe październikowe wydanie magazynu antidatum.

Łucja