Czy wiecie jak pachnie mąka? Wielu z nas jest skłonnych twierdzić, że nie ma ona jakiegoś określonego zapachu. Wkładając nos do torebki kupionej w sklepie mąki nie wyczujemy nic określonego. Żeby przekonać się jak pachnie prawdziwa mąka trzeba wejść do młyna. Ja robię to przy każdej nadarzającej się okazji. A tych okazji mam wiele, ponieważ z domu na wsi codziennie słyszę rytmiczny turkot pracującego młyna. Choć stoi blisko, nie widzę go, bo przysłania go ściana olch porastających łąki wzdłuż Giełczwi, ale od kiedy pamiętam, dźwięk pracującej turbiny wyznaczał rytm życia mieszkańców na granicy wsi Wola Gardzienicka i Wygnanowice. Teraz niestety turkot młyna słychać trochę rzadziej, bo nie wykonuje już swojej pracy tak regularnie. A szkoda, bo w obecnej dobie uprzemysłowienia i umasowienia wszystkiego, co tylko się da, jest wyjątkowy. Jest żywym przykładem ekologii. Nie zużywa energii i nie produkuje odpadów, co więcej wytwarza mąkę inną niż ta kupowana w sklepie. Jest to mąka powstająca w wyniku tzw. wolnego przemiału. Energia elektryczna w młynie jest potrzebna jedynie do zasilania kilku żarówek, które go oświetlają. Urządzenia młyńskie porusza pionowa turbina Francisa, napędzana siłą spadającej spiętrzonej wody. Giełczew jest dziś niewielką rzeką, ale poza okresami suszy, niesie wystarczającą ilość wody, aby zapewnić nieprzerwaną pracę urządzeń. Gdy jest jej mało, zastawione na noc stawidła spiętrzają ją przed progiem. To ciągłe podnoszenie się i opadanie wody w rzece i jej głośny szum jest tu stanem naturalnym, bo młyn w tym miejscu stoi od „zawsze”. Jest drewniany i sędziwy, tak naprawdę stoi na dębowych palach wbitych w grząski grunt. Kilkakrotnie był modernizowany, ale nigdy zmiany te nie poszły tak daleko, aby utracił swe cechy konstrukcyjno-architektoniczne. Technika napędu także pozostała ta sama. Jest wciąż żywym świadectwem historii dawnego młynarstwa. Jeśli ktoś myśli, że to jakiś skansen, to bardzo się myli. Wszystkie urządzenia, chociaż niektóre mają ponad sto lat, pracują nienagannie i doskonale spełniają swe funkcje. Właściciel – pan Marcin Stasieczek kontynuuje tradycje rodzinne, ale nie jest sędziwym młynarzem, wręcz przeciwnie, to młody i bardzo rzutki człowiek, o głębokiej wiedzy i zainteresowaniach odnawialnymi źródłami energii.

Młyn świadczy usługi, czyli miele powierzone zboże. Czasami można też kupić trochę mąki od właściciela młyna. Tylko prawdziwe gospodynie wiedzą, że mąka mące nie równa. O jej jakości decyduje nie tylko gatunek zboża ale i sposób przemiału. W tym tkwi przewaga młyna pana Marcina nad produkcją młynów przemysłowych. Młyn w Wygnanowicach pracuje w rytmie „slow”. Walce obracają się wolniej, ale przede wszystkim sita nie wytrząsają mąki na siłę. Obracając się powoli pozwalają, aby przedostawała się sama przez oczka w gazie, która tworzy bęben sita. To decyduje o jakości mąki.

Dla mnie młyn jest magicznym miejscem, jego odgłosy, zapachy, te wypolerowane deski podłogi, kształty zacierające się pod grubą warstwą mącznego pyłu. Mnóstwo pasów transmisyjnych przenoszących napęd z turbiny na wszystkie urządzenia, rozmieszczone na trzech poziomach.

Jeśli kiedyś będziecie jechać drogą z Piask do Żółkiewki to w Wygnanowicach skręćcie w prawo. Droga sama doprowadzi do rzeki i młyna.  Warto nawet wybrać się tam specjalnie. Młyn Marcina Stasieczka zasługuje na odkrycie. Niewielu z nas wie, jak powstaje mąka. Jeszcze mniej liczni byli świadkami tego magicznego spektaklu.

Andrzej