amanti_1

 

Sezon przedświąteczny w pełni. Nie wiemy, czy to nowe zjawisko, czy też twórcy reklam dopiero od niedawna przestali bawić się w subtelności i wyrafinowane techniki wywierania wpływu na ludzi. W każdym razie, gdy dziesiątki razy dziennie słyszy się z radio lub telewizji faceta, który wrzeszczy wniebogłosy „kuuuupuuuj”, to trudno oprzeć się wrażeniu, że ktoś chce z nas zrobić idiotę, albo przynajmniej pomóc nam tego idiotę w sobie odkryć. Zagęszczenie kolorowych lampek, bilbordów, promocyjnych akcji, sklepowych „doradzaczy” i hostess częstujących rozmaitym badziewiem urosło w ciągu ostatnich kilku tygodni do granic absurdu. Nakazy kupowania, korzystania z okazji i robienia prezentów za złotówkę atakują nas zewsząd.

Ponieważ redakcja antidatum (a przynajmniej jej część) czuje się trochę anty-, a właściwie anti-, to także w ten grudniowy czas pozwoliliśmy sobie na pewną dozę przekory. Poszukiwaliśmy miejsc cichych i spokojnych, tych nieobwieszonych ledowymi gwiazdkami i fikuśnymi choineczkami, ludzi, którzy nie wdzięczą się irytująco z bilbordów i rzeczy, które nie atakują z internetowych przeglądarek. Chcieliśmy dać się przyciągnąć nie temu, co hałaśliwe i narzucające się, lecz przeciwnie – temu, co na uboczu, nieoświetlone i niepozorne. Tak przynajmniej sobie to wyobrażaliśmy.

A teraz do rzeczy. Stali czytelnicy pamiętają pewnie, że w jednym z wydań naszego magazynu pisaliśmy o pizzy, która broni się sama. Jeśli jesteście ciekawi, jaka pizza wciąż budzi zachwyt pomimo braku większych starań ze strony jej twórców, zajrzyjcie do numeru trzeciego z 2014 roku. Strategię marketingową polegającą na zupełnym braku reklamy, jak się okazało, stosuje obecnie w Lublinie także inna pizzeria. I ten właśnie plackowy przybytek postanowiliśmy odwiedzić w grudniowe popołudnie zamiast kupować prezenty, mielić mak lub polować na karpia w promocyjnej cenie. Żeby było już całkiem czupurnie i niszowo, to przyznamy się, że o miejscu wiedzieliśmy od początku jego istnienia, jednak z pewnych powodów przez pół roku zwlekaliśmy z wizytą. Dlaczego? Bo w czerwcu trochę się o nowej pizzerii pisało i podobno trudno było o wolne miejsca. W swojej krnąbrności postanowiliśmy nie pisać o restauracji, o której piszą inni. Teraz z kolei, kiedy o pizzy niewielu z nas myśli, a już na pewno nie pisze, wkraczamy my ze swoją recenzją. Przewrotnie, prawda?

Amanti di Pizza, bo o tej restauracji mowa, mieści się na ul. Solnej 4. Lokal jest niepozorny z zewnątrz, a był podobno jeszcze bardziej, zanim właściciel zdecydował  się na zainstalowanie podświetlanego kasetonu. Wnętrze również jest niepozorne, można powiedzieć zwyczajne. Odnosi się wrażenie, że na jego urządzenie zabrakło pomysłu. Oświetlone jasnym światłem pomieszczenie ozdabia kilka obrazów.  W środku jest niewiele miejsca i niewiele stolików. Pod drzwiami opisanymi jako „Gabinet Szefa” oczekuje jedna kelnerka. Pod ścianą ustawiono zwykłą lodówkę (taką białą, podobną do tych, które większość z nas ma w domach). Na niej stoją butelki z napojami, które znajdziemy w menu oraz oliwy do pizzy. Cuda zaczynają się dziać, kiedy z „Gabinetu Szefa” dobiega dźwięk dzwoneczka i wychodzi stamtąd okrągły placek. Wtedy to zwyczajne i może trochę nieciekawe miejsce zamienia się w krainę marzeń, przynajmniej tych kulinarnych.

Miłośników Pizzy ocenialiśmy na podstawie trzech kompozycji. Zamówiliśmy, Balsamicę, Carcioffi i Casienę. Dwie ostatnie w wersji pół na pół, za którą w Amanti di Pizza trzeba parę złotych dopłacić. Pizza „wychodzi” z pieca co 10 minut. Czas oczekiwania się kumuluje, więc biada tym, którzy przyjdą ostatni. My akurat zjawiliśmy się tuż po otwarciu. Ciasto na Solnej różni się od tego z innych czołowych lubelskich pizzerii. Jest rzecz jasna cienkie, ale również nie za twarde i niezbyt miękkie. Przyjemnie natomiast chrupie i ma te cudowne bąble na brzegach. Ciasto jest również bardzo delikatne. Żeby uzmysłowić to czytelnikom, dość wspomnieć, że ustępuje pod niewielkim naciskiem zwykłego noża. Naszym zdaniem takie ciasto stanowi doskonałą bazę pod kompozycję składników. Zwłaszcza, kiedy te są interesujące i dobrej jakości. Tak możemy ocenić dodatki, których mieliśmy przyjemność zasmakować w Amanti di Pizza. Po pierwsze primo, karczochy. Uwielbiamy je i dlatego pizza Carcioffi była dla nas pozycją obowiązkową. Karczochy od Miłośników świetnie komponowały się z gorgonzolą, która wcale nie zdominowała całości. A przecież mogła. Kompozycja prosta, lecz wyrazista i można by rzec temperamentna, zwłaszcza z ostrą oliwą. Za opis tej ostatniej niech posłużą zdjęcia, które najlepiej oddają jej konsystencję, barwę i nasycenie składnikami. W naszej opinii jest fantastyczna. W kompozycji o nazwie Casiena spodobało nam się połączenie świeżego oraz przetworzonego szpinaku i oczywiście obecność bakłażanów. Kontrowersje budził na początku ser kozi, który jak powszechnie wiadomo, ma dość specyficzny smak. Ten jednak okazał się dość łagodny i nawet przez sceptycznie nastawioną część jury został przyjęty z aprobatą. Pizza Balsamica zawdzięcza swoją nazwę octowi balsamicznemu, którego kropelki dodają kompozycji interesującego smaku. Na całość składa się oczywiście baza z margerity, a do tego ser pleśniowy, pomidorki cherry oraz rukola. Ocet świetnie dopełnia smak sera, natomiast pomidorki i rukola uzupełniają zestaw o element świeżości, zieloności i soczystości. Zimą przecież tak bardzo nam tego brakuje.

Amanti di Pizza to kolejny argument za tym, że dobra pizza broni się sama i nie potrzebuje reklamy. Wydaje nam się, że wniosek z poczynionych na Solnej obserwacji może być bardziej uniwersalny. To, co wartościowe, tworzone z prawdziwą pasją zostanie uznane. Brawa dla Pana Szefa z Amanti. Za bycie autentycznym w tym co robi. Szkoda, że  nie udało się porozmawiać, jednak mamy nadzieję, że nie był to nasz ostatni raz na Solnej. Wszak my również uważamy siebie za miłośników pizzy.

Łucja i Artur