wisła_1

Jak wielu z nas planując świąteczny wyjazd, obiecywałem sobie więcej niż zwykle czasu na spokojny spacer, a może nawet dłuższą wycieczkę. Niestety pogoda zweryfikowała te plany. Było nie tylko zimno, co w pieszych wędrówkach nie jest najgorsze, ale prawdziwa karuzela meteorologiczna z naprzemiennie padającym deszczem, deszczem ze śniegiem, a nawet gradem, mogła zniechęcić nawet najtwardszego piechura. Chwilowe przebłyski słońca i dziury w zachmurzonym niebie dawały nadzieję, że może przynajmniej godzinę bez większych zawirowań pogodowych, da się z tego wykroić. I udało się! W Niedzielę Wielkanocną, tuż przed zachodem słońca, kiedy proporcje pomiędzy ilością chmur a błękitnego nieba wydawały się najbardziej korzystne, szybko wsiedliśmy do samochodu i w drogę! Dystans był niewielki, bo zaledwie kilka kilometrów. W dzieciństwie tą drogę pokonywałem z moimi braćmi na piechotę, najczęściej o świcie albo i przed. To była droga na ryby, z wędkami i innymi przydatnymi bambetlami. Ciągnęły nas starorzecza Wisły. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jest to obszar Małopolskiego Przełomu Wisły, podobno jedyny w dzisiejszej Europie naturalny bieg dużej rzeki. Było to po prostu najbliższe miejsce nad „wielką wodą”. Gnała nas tam nie potrzeba podziwiania niemal dziewiczej natury – jej piękno pewnie już wtedy dostrzegałem, nie pamiętam, ale poszukiwanie emocji wędkarskich. Trofea prawie nigdy nie dorastały do wcześniejszych oczekiwań.

Oto kilka impresji utrwalonych okiem obiektywu w trakcie godzinnej wędrówki wzdłuż koryta starorzecza w jednym najbardziej lubianych przeze mnie miejsc. Lokalizacji nie zdradzam – czysty egoizm nakazuje mi zachować ją tylko dla siebie.

Ciąg dalszy przeczytasz w kwietniowym wydaniu magazynu antidatum.

Andrzej