Jeszcze tak niedawno spacerowałem wczesnym rankiem w okolicach Gardzienic, w ostatnim dniu kalendarzowego lata. Teraz, od prawie trzech tygodni mamy już jesień. A jest ona w tym roku wyjątkowa. Chyba nikt nie ma prawa narzekać na szarość i ponurą aurę. Jak dotąd upływa ona pod znakiem żółci i czerwieni, a niektóre dni są wręcz letnio ciepłe. Pogoda sprzyja wręcz spacerom, a przynajmniej zwolnieniu tempa codziennej krzątaniny. Nasze miasto w październikowej oprawie jest wyjątkowo atrakcyjne. I choć generalnie cechuje je duża ilość zieleni, to rozbuchanie jesiennych kolorów powoduje, że roślinność w mieście dostrzegamy także w tych miejscach, w których dotychczas niemal jej nie zauważaliśmy. Jesienne barwy narzucają się szczególnie natarczywie, a my wcale się przed nimi nie bronimy. I turyści – których jest równie dużo jak w sezonie wakacyjnym, i mieszkańcy, mogą cieszyć oczy pięknymi widokami w rozległych panoramach z najwyższych kondygnacji Bramy Krakowskiej, czy tarasu widokowego wieży Zamku. Z tej perspektywy nikną niuanse naszej architektury. W lekkiej jesiennej mgiełce zacierają się szczegóły, na plan pierwszy wysuwają się masy i bryły dominujących budowli i rozrzucone wśród nich plamy barwne w odcieniach od zieleni poprzez cytrynowe żółcie, pomarańcz, czerwienie i brązy. Tego bogactwa dostarczają nam przede wszystkim jesiony i klony. Jesion wyspecjalizował się we wszystkich odcieniach żółci, co najłatwiej zauważyć w Alejach Zygmuntowskich, na Piłsudskiego, Radziszewskiego. Klony są jeszcze bardziej różnorodne. Ewoluują od żółci, przez pomarańcze, czerwienie po wszelkie niuanse brązów. Nierzadko jedno drzewo potrafi być upstrzone we wszystkich tych kolorach jednocześnie. W tym kontekście architektura naszego miasta wydaje się jeszcze bardziej interesująca. Dzięki kolorom jesieni potrafimy w niej odkrywać całkiem nowe szczegóły. Bo oto, przyciągający wzrok pęd  dzikiego wina skupia niechcący naszą uwagę na fragmencie ceglanej ściany, uzbrojonej w metalowe ankry. Prześwit w wyzłoconej koronie klonu kadruje ciekawy detal architektury katedry. W otaczającym zespół seminaryjny murze dostrzegamy równomierny rozfalowany rytm pokrywających go ceramicznych dachówek. Jesienna przyroda potrafi rozpraszać, ale jednocześnie przyciąga uwagę do szczegółów, które zwykle umykają naszej uwadze, albo wydają się całkiem trywialne. Pióropusz  złotego klonu wciąga nasz wzrok na podwórko, obok którego dotąd przechodziliśmy obojętnie. I nagle odkrywamy je jako magiczny zakątek.

Lublin w październikowych barwach to zjawisko ulotne, bo liście szybko ściemnieją, a potem opadną. Spieszmy się więc! Warto zagubić się w zakamarkach miasta i odkrywać je dla siebie. Jeśli nie zdążymy to szkoda, ale i listopad może także przynieść nowe odkrycia.

Ciąg dalszy przeczytasz w kolejnym wydaniu magazynu antidatum.

Andrzej