walenty2

 

Jeszcze tylko kilka dni i zapanuje prawdziwe szaleństwo. Czerwone mrugające serduszka z plastiku – Made in China, rozanielone pluszowe misie, dające sobie buzi pary gołąbków na okolicznościowych kartkach – tak, zbliża się dzień walentynek. W kioskach, księgarniach, sklepikach osiedlowych, i w hipermarketach – wszędzie będą królowały gadżety służące wyrażaniu naszych uczuć do tej jednej jedynej (jedynego). Kiedy jak kiedy, ale w dniu 14 lutego koniecznie trzeba składać uczuciowe deklaracje. Mus to mus. Robią to najczęściej młodzi, nie tylko dlatego, że najłatwiej ulegają porywom serca – wiadomo, gorące głowy!, ale przede wszystkim dlatego, że w tym wieku składanie deklaracji przychodzi niesłychanie łatwo. Walentynki mają też ważne działanie terapeutyczne, już nie jednego wyleczyły z chorobliwej nieśmiałości. Bo tak stadnie, okazywanie – a przede wszystkim deklarowanie – uczuć przychodzi dużo łatwiej. Wysłanie pulsującej czerwienią kartki z podpisem: Twój na zawsze to pikuś, ale podejście z wymięchanym z powodu nerwów kwiatkiem, to akt nie lada odwagi, prawie bohaterstwo. Pozazdrościć tym, dla których nie stanowi to jakiegokolwiek problemu. Ale co począć w sytuacji, gdy będąc programowymi heterykami, kierowani owczym pędem, naskładamy uczuciowych deklaracji osobnikom tej samej płci?

Dzień Zakochanych świętujemy w Polsce zaledwie od kilkunastu lat. Dobrze, że zwyczaj ten przyszedł do nas, bo uczucia okazywać trzeba, trzeba też je umieć uzewnętrzniać i werbalizować. Zajadli krytycy stawiają Walentynki na równi z Halloween, mówią o „makdonaldyzacji” naszej kultury. Jeśli mają na myśli rozkręconą do absurdu komercję, to trzeba im przyznać rację. Jeśli natomiast chodzi o samą genezę zwyczaju, całkowicie się mylą.

Początki dzisiejszych walentynek sięgają starożytnego, pogańskiego jeszcze Rzymu, kiedy to w połowie lutego, wraz z budzeniem się do nowego życia uśpionej zimą natury, obchodzono luperkalia – rzymskie święto płodności. Stąd, wraz z rzymskimi podbojami święto zawędrowało aż na Wyspy Brytyjskie, skąd dużo, dużo później, rozprzestrzeniło się po całym świecie.

Wróćmy jednak do Rzymu, bo tu historia znalazła swój dalszy ciąg. W IV wieku chrześcijaństwo stało się w cesarstwie religią pełnoprawną, a wkrótce i panującą. Święta pogańskie stopniowo zastępowano chrześcijańskimi. Luperkalia, mimo że bardzo popularne, spotkał ten sam los. W 496 roku zniósł je papież Gelazy I, zastępując najbliższym w kalendarzu liturgicznym wspomnieniem męczennika Walentego, przypadającym 14 lutego.

Nie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć, na ile ta historia jest autentyczna, ale okazało się, że i męczennik Walenty zakochanym był bardzo bliski. Historia jego żywota mówi, że za panowania cesarza Klaudiusza Gota kapłan Walenty udzielał potajemnie aktu ślubu parom, które musiały pobierać się potajemnie. Cesarz prowadzący liczne i niepopularne wojny, wydał edykt zakazujący mężczyznom w wieku poborowym zawierania związków małżeńskich. Tak, aby mężczyzn łatwiej oderwać od ich rodzin i narzeczonych. Walenty został jednak zadenuncjonowany. Poddano go torturom, podczas których skonał, następnie ścięto mu głowę. Martyrologium mówi, że było to 14 lutego 269 lub 270 roku. Według tradycji pochowano go przy Via Flaminia, a nad grobem wzniesiono bazylikę. W IX  wieku szczątki męczennika przeniesiono do jeszcze bardziej znanej rzymskiej bazyliki św. Praksedy.

Historia byłaby zbyt prosta, trzeba ją więc trochę zagmatwać. Pojawił się jeszcze jeden Walenty męczennik, tym razem biskup z nieodległego od Rzymu miasta Terni w Umbrii. Biskupem w tym mieście obrano go w 197 roku. Nawracał miejscowych pogan i pobłogosławił związek małżeński pomiędzy poganinem i chrześcijanką. Za działalność chrystianizacyjną został stracony w Rzymie w 273 roku. Jego grób znajduje się w katedrze w Tarni. Do dziś można oglądać relikwiarz na jego szczątki z napisem „Święty Walenty patron miłości”. I to ten Walenty jest dziś bardzo znany.

Ale pojawia się i trzeci święty o tym imieniu, żyjący w V wieku w Recji Walenty, któremu przypisywano moc uzdrawiania chorych na epilepsję.

I w tradycji żywotopisarskiej i w ikonografii spotkamy przypadki łączenia i mieszania wszystkich trzech Walentych. Choć motywy miłości i zakochanych pojawiają się w biografiach przynajmniej dwóch z nich, to dzień św. Walentego stał się świętem zakochanych dopiero w średniowieczu. Zadecydował powszechny wtedy kult relikwii i tradycja pielgrzymowania do grobów świętych, celem ich uczczenia. Święto Walentego obrosło charakterystycznymi zwyczajami, np. losowaniem imion chłopców przez dziewczęta i odwrotnie. Wylosowane kartki przypinano do ubrań i noszono przez kilka dni. Obdarowywano się drobnymi przedmiotami z wyobrażonymi na nich sercami, kluczami, lub słowami: „Otwórz moje serce”. Dziewczęta wróżyły sobie też z ptaków. Pierwszy dostrzeżony 14 lutego ptak wskazywał, jakiego męża dostanie dziewczyna, np. rudzik arynarza. Najbujniej zwyczaje te kwitły na Wyspach Brytyjskich i we Francji. Francuzi znani ze swej galanterii w XVI wieku dodali zwyczaj obdarowywania wybranek kwiatami. Wtedy też zaczęto wysyłać czułe liściki, zwane walentynkami. Pojawiły się też na nich symbole i rysunki. W XIX wieku przejawem dobrego gustu była wyszukana poezja miłosna.

Stąd już niedaleka droga do gotowych, produkowanych masowo kartek walentynkowych rozsyłanych pocztą. I jakże mogłoby być inaczej – początek tej tradycji był w Ameryce około 1800 roku.

Tradycje walentynkowe w dawnej Polsce nie były zbyt rozpowszechnione, i to wcale nie dlatego, że nie jesteśmy skłonni do okazywania uczuć. My pewnie robiliśmy to po swojemu. Święty Walenty był u nas dobrze znany, miał nawet liczne miejsca kultu. Potem został prawie zupełnie zapomniany, ale na fali walentynkowej mody i ten kult zaczął się odradzać. Na Pomorzu mówią, że Chełmno jest miastem zakochanych, bo tam, w kościele pw. Wniebowzięcia NMP, przynajmniej od XVII wieku czczone są szczątki świętego. Oczywiście Kraków się na to nie godzi, bo to tu na Kleparzu, u św. Floriana wierni modlą się do męczennika przed relikwiarzem w kształcie ręki, pochodzącym z XVII wieku. Można by wymienić jeszcze kilka miejsc, które szczycą się posiadaniem relikwii, ale po co? My Lublinianie wiemy, że to nasz gród jest miastem zakochanych, bo zgodnie z tradycją mieliśmy relikwie św. Walentego aż w dwóch kościołach, u św. Mikołaja na Czwartku i u Bernardynów w kościele Nawrócenia św. Pawła. O relikwii od św. Mikołaja wiemy niewiele, ale w kościele Nawrócenia św. Pawła, dziś parafialnym oglądamy je do dzisiaj. Z obserwacji z ostatnich kilku lat wynika, że i kult tego świętego stopniowo ożywia się ponownie. Św. Walenty ma w kościele osobny ołtarz. Tak jak pozostałe ołtarze przyfilarowe, jest on XVIII- wieczny, utrzymany w stylu rokoka, z obrazem przedstawiającym Walentego w najbardziej rozpowszechnionej formule ikonograficznej. Jako kapłana w stroju liturgicznym – ornacie, błogosławiącego chorych, zebranych u jego stóp. Pod mensą ołtarzową w formie sarkofagu zdeponowane są relikwie – liczne kości i czaszka, widoczne przez przeszklone okienka. Trudno wskazać źródło pochodzenia lubelskiej relikwii. Zapewne ojcowie Bernardyni sprowadzili je – tak jak i inne – dla zintensyfikowania kultu w swojej świątyni i przyciągnięcia pielgrzymów, tak licznie odwiedzających miasto. Kult świętego nie mógł konkurować z sanktuarium św. Antoniego. Z racji swego patronatu nad chorymi musiał jednak w przeszłości odbierać cześć znaczącego grona wiernych. To, czy znany był powszechnie jako patron zakochanych i narzeczonych, tego nie wiemy. Paradoksalnie, to współczesna moda i tendencje globalizacyjne przywróciły nam tą świadomość. Może spowodują, że i jego kult na nowo odżyje. Bo dziś chyba wciąż jest to w większym stopniu atrakcja turystyczna dla tych, którzy zwiedzają kościół. Wchodząc do wnętrza nie musimy długo szukać. Jest to pierwszy od wejścia ołtarz, po prawej stronie nawy. Niektórych przyciągnie tu ciekawość, innych wiara i ufność. Każdy ma nieco inne potrzeby.

Jeśli w miłości nam nie wyjdzie, to przed ołtarzem św. Walentego możemy pomodlić się o zdrowie – to także jego specjalizacja. W końcu to zdrowie jest najważniejsze. Choć idealnie byłoby być i zdrowym i szczęśliwie zakochanym.

Koniecznie przeczytaj całe lutowe wydanie magazynu antidatum.

Andrzej