bosko_1

Kiedyś spotkaliśmy się z opinią, że lody znacznie lepiej jeść jesienią i zimą niż latem. Podobno ze względu na to, że różnica temperatury pomiędzy spożywanym deserem a otoczeniem jest wówczas niższa, co zmniejsza prawdopodobieństwo przeziębienia, zapalenia gardła i innych tego typu dolegliwości. Większość z nas najbardziej lubi jednak rozkoszować się lodami w upalny dzień. Jakże cudownie smakują wówczas te wszystkie orzeźwiające sorbety z zamarzniętymi kawałkami owoców, jak przyjemnie rozpuszczają się tworząc kompozycje tonów słodkich i kwaśnych – orzeźwiających. Dlatego niech nie zmyli Czytelników pierwsze zdanie. Wcale nie próbujemy odwieść Was od pałaszowania lodów latem. Raczej proponowalibyśmy, aby lody jeść o każdej porze roku. Wszak nic tak doskonale nie przywołuje wspomnienia letnich miesięcy, jak lodowy przysmak zjedzony w październiku, listopadzie, a nawet styczniu. Sięganie po lody podczas upałów nie jest niczym wyjątkowym. Robią to właściwie wszyscy – od małych dzieci po poważnie wyglądających urzędników. Zmrożone desery zapewniają odrobinę ochłody i podobno mają korzystny wpływ na układ nerwowy (za sprawą witamin z grupy B).

Tak się szczęśliwie złożyło, że w Lublinie mijającego właśnie lata nietrudno było znaleźć naprawdę pyszne lody. Gdyby ktoś miał wątpliwości, to wystarczyło zbadać długość kolejki przed lodziarniami i sprawa stawała się zupełnie jasna. Przemierzając od czasu do czasu Krakowskie Przedmieście bodaj najdłuższy ogonek odnotowywaliśmy prawie za każdym razem przed „Bosko” – lodziarnią, kawiarnią i cukiernią w jednym oferującą lody własnej produkcji, która od maja w lokalu pod numerem 9 raczy swoich klientów deserami. To był sygnał, że należy wspomniane miejsce przetestować. Ponieważ jednak nie lubimy tłumów, a raczej wolimy spokojnie delektować się jedzeniem, zwlekaliśmy z odwiedzeniem tej kawiarenki pod jakże uroczo wyglądającym szyldem. Upały na tyle dawały się we znaki, że kilkakrotnie uciekaliśmy z miasta w poszukiwaniu jakiegokolwiek wytchnienia. W międzyczasie „Bosko” odnosiło pierwsze sukcesy trafiając chociażby na listę najlepszych lodziarni magazynu F5, który śledzi aktualne trendy rynku i kultury (pełny tekst dostępny tutaj: fpiec.pl/post/2015/07/31/najlepszelodywpolscetop10). My dopiero we wrześniu znaleźliśmy czas i ochotę, by sprawdzić, czy w „Bosko” rzeczywiście jest tak bosko, na ile wskazywały tłumy klientów zamawiających lodowe kulki. Moment był przełomowy, bo upały właśnie w sposób bezpardonowy zostały zastąpione przez deszcz, zimno i wiatr. Aura nie stanowiła bynajmniej oczywistego tła dla konsumpcji lodów. Nieco na przekór właśnie wtedy zrealizowaliśmy dawno powzięty plan.

Europejski Festiwal Smaku ciągle trwał, ale jakby stracił swój impet wraz z załamaniem pogody. Obserwowaliśmy opuszczone budki z okien „Bosko” na piętrze i trochę nam było smutno, że lato odchodzi. Na szczęście wizyta w kawiarni niosła ze sobą obietnicę osłodzenia ponurych myśli o jesieni. Oprócz kilku gałek lodów zamówiliśmy gofra z bitą śmietaną i świeżymi owocami, tartaletkę z miętowym kremem, zieloną herbatę i, żeby nie było za słodko, także sok ze świeżo wyciśniętych pomarańczy. W tradycyjnym wafelku znalazły się cztery smaki: rafaello, solony karmel, mięta oraz mascarpone z malinami. Naszymi faworytami okazały się zdecydowanie solony karmel i mięta. Ten pierwszy dlatego, że po prostu jest obłędny, a drugi za naturalność smaku. Miętowe lody to najlepszy dowód na to, że w „Bosko” przygotowuje się desery z autentycznych składników, bez oszukiwania. Małym minusem (lub odwrotnie, zależy od spojrzenia) może być to, że lodowa oferta nie jest stała, lecz w pewnym stopniu zależy od dostępności produktów. Informacje o menu na dany dzień możemy odnaleźć na facebookowym profilu kawiarni. Pozostałe zamówione przez nas smaki również okazały się świetne. Jakość użytych składników nie pozostawiała wątpliwości. Wprawdzie za gałkę lodów w „Bosko” trzeba zapłacić nieco więcej, niż w innych lodziarniach, jednak porcje są naprawdę spore i warte swojej ceny.

Pozostałe słodkości również wzbudziły nasz zachwyt. Gofrowe ciasto było lekko chrupiące na powierzchni i mięciutkie w środku, a także ładnie przyrumienione. Owoce i bita śmietana zdradzały świeżość i znakomicie smakowały. Wszystkiego było pod dostatkiem do tego stopnia, że trudno było wgryźć się w gofra nie wywołując przy tym katastrofy na stoliku. W tartaletce wrażenie zrobił na nas przede wszystkim krem o smaku mięty, który miał doprawdy boską konsystencję, a smakował zniewalająco.

Jak się okazało, nazwa „Bosko” wcale nie jest nadużyciem, pustą przechwałką czy obietnicą bez pokrycia. W uroczo urządzonych wnętrzach kawiarni naprawdę można spróbować nieziemskich smaków i ich świetnych połączeń. Antidatum poleca „Bosko” jako antidotum na jesienną chandrę.

 Koniecznie przeczytaj całe wrześniowe wydanie magazynu antidatum.

Łucja i Artur