Tak, to już pewne, nastała wieczna noc. Eskimosi mają przynajmniej zorze polarne. A my co? Wychodzimy z domu o siódmej, jest jeszcze szaro. Wracamy o szesnastej, już jest ciemno. Poza miastem jest jeszcze gorzej. Tam, gdzie nie ma sztucznego oświetlenia, o osiemnastej zapada tak gęsta i ciężka ciemność, że można by ją nożem kroić. Dla wielu z nas to najbardziej przykra część roku i tak będzie aż do końca stycznia, kiedy to dnia wyraźnie zacznie przybywać. Tych, którzy szczególnie źle reagują na brak światła, nie są w stanie pocieszyć nawet Święta Bożego Narodzenia. Jeśli spadnie śnieg, to zrobi się i jaśniej i weselej. Ale czy spadnie?

Dziś pada śnieg z deszczem, a niewiele ponad tydzień temu, tuż obok domu, na skwerku który jest pozostałością ogrodu Panien Wizytek, a potem był częścią Parku Sportowego zaobserwowałem takie oto obrazki. Gdy robi się szaro instynktownie szukamy kolorów. Gdy dominują, potrafimy ich w ogóle nie dostrzegać. Te kolory, których w mieście niezależnie od pory roku znajdziemy wiele, mogą być takim parafarmaceutykiem na jesienno-zimową dolegliwość. Pomyślmy pozytywnie – złota jesień jest piękna, ale to codzienne obieranie karoserii samochodu z oblepiających ją mokrych liści…

Wszystkie liście już opadły. Teraz, po nocnych przymrozkach, będziemy skrobać oszronione szyby. Człowiek pozytywnie nastawiony powie – wreszcie jakaś odmiana. Dla wiecznego malkontenta i tak będzie to jak wybór pomiędzy dżumą a cholerą.

Andrzej