przestrzeń1

 

Od kilku dni Lublin ekscytuje się otwarciem Tarasów Zamkowych. Wreszcie ruszyła galeria, której powstawanie mogliśmy śledzić przez ponad rok. A wcześniej był wielki szum medialny związany z lokalizacją nowej inwestycji. Potrzebna, niepotrzebna, za blisko, a może za daleko od ścisłego centrum. Takie dywagacje mamy już za sobą. Galeria stoi, ruszyła! I to jest fakt.

Nowy przybytek konsumpcjonizmu jest – jak na skalę miasta – wielki. Wielkie i efektowne musiało być i otwarcie. Uświetniają je artyści swoimi koncertami, ale i „gwiazdy”, czyli najczęściej ludzie, którzy są znani z tego, że są znani. My chcemy ich oglądać, bo są znani. W związku z tym każą sobie płacić za obecność. A ponieważ są obecni, więc są jeszcze bardziej znani i w konsekwencji trzeba im płacić jeszcze więcej. Ale ponoszą też dotkliwe skutki swej popularności. Każe im się gotować, choć tego nie potrafią. Sprzątać, chociaż nigdy wcześniej nie wzięli mopa do ręki. O zgrozo, muszą nawet tańczyć na lodzie. Ostatnio presja na umęczone gwiazdy jest jeszcze większa – już ćwiczą skoki do wody. Jak zacznie się program, ludzie nie zmieszczą się przed telewizorami. A kto wtedy będzie pracował? Chyba tylko obsługa galerii handlowych.

Ale na razie świętujemy otwarcie. W związku z tym proponuję taką zabawę, będzie to gra z naszą wyobraźnią. A gdyby do grona gości uświetniających to wydarzenie doproszono Księcia Poetów, Ignacego Krasickiego. Jesteśmy w przeważającej części społeczeństwem katolickim – przynajmniej z deklaracji, więc biskup na otwarciu być powinien. W dodatku jeszcze wielki poeta, bywalec – a więc taki XVIII-wieczny celebryta. Kandydat na gościa imprezy wręcz doskonały. Nie dość, że uświetni, to jeszcze przyciągnie cały ogon wielbicieli i tłum zwykłych gapiów.

Inwestorzy Tarasów zapraszają Krasickiego, wynajmują dla niego apartament w najlepszym miejscowym hotelu. Lublin zna dość dobrze, ale zdanie o nim ma niezbyt pochlebne. Przebywał tu urzędowo w roku 1765, zahaczył też o nasz gród w czasie podróży z Warszawy do Biłgoraja, której barwny opis zostawił w wydanej drukiem w 1782 roku relacji „Opisanie podróży z Warszawy do Biłgoraja w liście do Jaśnie oświeconego xięcia JMCi Stanisława Poniatowskiego”. I tu jedyne pozytywne emocje wzbudza chłopskie wesele, odbywające się w karczmie za miastem, w której orszak biskupa zatrzymał się na nocleg.

 Wracamy jednak do współczesności. Nasz gość zainstalowany w wygodnym apartamencie postanawia zapoznać się z bieżącą sytuacją Koziego Grodu. Jest człowiekiem nowoczesnym – oświeceniowym liberałem. Odpala więc kompa i zaczyna surfować po sieci. Wśród aktualności rzuca się w oczy tytuł „Dawny Pedet zniknie z panoramy Lublina”. Zaraz w pierwszym zdaniu czyta: W centrum Lublina, nieco w głębi placu, gdzie przed II wojną światową stał hotel „Victoria”, powstanie nowoczesna galeria handlowa…” Zaraz, zaraz!, czyżby otwierane właśnie Tarasy Zamkowe nie były wystarczająco nowoczesne? A pozostałe galerie: „Olimp”, „Felicity”, ta ostatnia otwarta zaledwie kilka miesięcy temu. Krasicki, jako człowiek o gruntownym wykształceniu klasycznym pewnie zastanowiłby się nad etymologią nazwy „Felicity”. Może wyszłoby mu, że pierwszy jej człon nie pochodzi od nazwy Felin, tylko od łacińskiego felix – szczęśliwy. Korzystanie z galerii musi mieszkańcom Lublina dawać poczucie szczęścia, skoro tyle ich budują. Wybrani głosami obywateli miasta radni, przegłosowują kolejne projekty, bo wychodzą ze słusznego założenia, że ich rolą jest dawanie wyborcom szczęścia.

Wczytując się w przekazy prasowe biskup Ignacy dostrzega jeszcze jedną prawidłowość. Galerie handlowe niebezpiecznie zbliżają się do centrum miasta. Olimp, Orkana, Felicity w porządku. Ale już Tarasy Zamkowe – niemal napierają na mury Starego Miasta. Jest wciąż jeszcze, na szczęście papierowy, projekt „Arkad Staromiejskich”, występujących też pod nazwą „Alchemia”. Jeśli powstaną, to i Stare Miasto nie będzie wolne od tego przybytku nowoczesności. Na stronie Naszemiasto.pl czytaliśmy jeszcze niedawno: Alchemia to jedna z  najbardziej oczekiwanych inwestycji w Lublinie. Kompleks ma się składać z dwóch części: podziemnego, wielopoziomowego parkingu na tysiąc aut między ul. Lubartowską i Świętoduską i galerii handlowej na Starym Mieście. I teraz najnowsza uchwała Rady Miasta. Galeria w miejscu Pedetu. Informacja na portalu mmlublin.pl o wynikach czwartkowej sesji Rady Miasta referuje raczej argumenty zwolenników projektu. Zwyciężyli oni zaledwie jednym głosem, to daje do myślenia. Gdy przeczytamy komentarze pod tekstem, głosów krytycznych jest zdecydowanie więcej. Ale podobno Zwyciężyli zwolennicy przemian. Jeden z tych 16 wizjonerów z Rady Miasta tak argumentuje decyzję: Sukces jest, ale dzisiejszy świat wymaga od ojców sukcesu pokonywania kolejnej, wyższej poprzeczki. Na rozwój miasta trzeba spojrzeć z wielu perspektyw, szczególnie ważne jest ścisłe centrum miasta. Przyszła kolej na Pedet…. Już nic nie powstrzyma rozwoju Lublina. Czytając te słowa na pewno wszyscy zgodzimy się z jednym – szczególnie ważne jest ścisłe centrum miasta! Jest ono wizytówką Lublina, ale i przestrzenią ukształtowaną przez stulecia. Jest zapisem kultury życia, która ma charakterystyczne, właściwe tylko Lublinowi rysy. Owa specyfika decyduje o niepowtarzalności tego miasta. Argument, że nowa galeria ożywi deptak i okolice Placu Litewskiego nie przemawia. Tak naprawdę z deptaka odpłyną do nowej przestrzeni handlowej kolejne sklepy i firmy. Co wypełni powstałą pustkę, tego nie wiemy. Jaką część placu przed dzisiejszym Pedetem pochłonie nowa galeria, jak bardzo zdominuje zabytkowy zespół klasztoru Kapucynów? Pytań jest więcej. Jeśli do pewnego stopnia miała to być transakcja wiązana, podziemny parking dla przybywających do centrum w zamian za możliwość ulokowania tu powierzchni handlowych, które pewnie będą głównym źródłem zysków inwestora, to pomysł jest całkowicie chybiony. Planowane 200 miejsc zaspokoi zaledwie potrzeby pracowników.

Jaki kształt architektoniczny przybierze obiekt? Na ile jego architektura wpisze się w urbanistyczny kontekst centrum? Jego lokalizacja pomiędzy zespołami zabytkowymi klasztoru i kościoła Pobrygidkowsiego i  Kapucynów, może całkowicie zmienić charakter tego miejsca. Konwencja o ochronie miast zabytkowych UNESCO mówi bardzo wyraźnie, że zabytkowe miasto nie jest sumą zabytków, które w nim się znajdują. To urbanistyczny zapis aktywności ludzi, którzy żyli i działali w określonym czasie i miejscu. I w ten dotychczas w miarę jednorodny, choć niestety wciąż jeszcze dość niedoinwestowany zespół, zaczynają wciskać się nowe obiekty – na przykład  galerie. Lokalizacja Tarasów Zamkowych to dość niebezpieczny precedens. A co z ochroną zabytkowego krajobrazu miasta? Tu ochronie podlega – przynajmniej w teorii – nie tylko sam zabytek, ale również jego najbliższe otoczenie – kontekst. W niewielu już dziś miejscach w cywilizowanej Europie, pozwala się na daleko idącą interwencję w zabytkowe zespoły urbanistyczne. Jeżeli w ich obrębie powstają galerie handlowe, czy hotele, to ukrywają się one za fasadami starych domów, nie burząc tradycyjnych podziałów architektonicznych. W naszym Lublinie, w przeciągu ostatnich lat pojawiło się wiele dominant architektonicznych, które diametralnie zmieniają miejski krajobraz.

Inwestorskiej presji nie zatrzymamy. Ale musimy wyraźnie określić, co służy miastu, a co psuje jego krajobraz. Wszyscy chcemy aby Lublin rozwijał się i piękniał. Aby żyło się w nim coraz wygodniej i ładniej. Ale w kontekście postrzeganych tylko na przykładzie przyrostu liczby galerii handlowych i ich agresywnego wciskania się w tkankę zabytkowej przestrzeni, słowa przywołanego już wcześniej radnego: Czas na odważne decyzje…. Już nic nie powstrzyma rozwoju Lublina…, brzmią groźnie.

Wracam ponownie do naszego oświeconego biskupa. Jeśli rzeczywiście tak krytycznie oceniał nasze miasto, to miał nad nami pewną przewagę. My w nim żyjemy i musimy borykać się z jego ułomnościami, ale też możemy być z niego dumni. On mógł sobie pozwolić na dystans, postawę wnikliwego, ale zewnętrznego obserwatora. Mógł się w Kozim Grodzie zatrzymać, albo powodowany niesmakiem zanocować w karczmie za miastem. Takie obserwacje mogły też być, i często były, literackim tworzywem, artystyczną pożywką.  

Nawet tak trywialny problem jak galerie handlowe może stać się natchnieniem dla poety. Gdybyśmy rzeczywiście zaprosili Ignacego Krasickiego na otwarcie Tarasów Zamkowych mielibyśmy szansę na nową wersję Monachomachii. Jej najbardziej znane strofy mogłyby brzmieć tak: …bram dwa ułomki, dziewięć galerii (handlowych) i gdzieniegdzie domki.

Koniecznie przeczytaj całe marcowe wydanie magazynu antidatum.

Andrzej