IMG_4668

 

Mówi się, że Anglicy wygrywają wojny, ponieważ jedzą potężne śniadania. Napatrzywszy się niegdyś na klasyczne british breakfast, ciężko mi w obecnych czasach uznać, że to może komukolwiek wychodzić na dobre. Nie sądzę, aby bekon, sadzone jajka, kiełbaski oraz tosty smażone na głębokim oleju (!) utopione w pieczonej  fasoli z puszki, podawane na półmisku, a nie talerzu, mogły być dobrym początkiem dnia. Myślę jednak, że samo sedno powiedzonka o Anglikach jest jak najbardziej prawdziwe. Aby sprawnie i efektywnie działać człowiek powinien jeść śniadania. W Europie jada się ich kilka rodzajów, w zależności od upodobań i tradycji. Mamy do wyboru wszelkiego rodzaju owsianki, jaglanki, müsli, słodkie lub wytrawne wypieki, ale także bardziej sycące i kaloryczne jajecznice i przeróżne kanapki.

Uważam, że zarówno miłośnicy croissanta z kawą, jak i wyznawcy jajecznicy na słoninie, powinni spróbować koktajlu, który dziś chciałabym Wam zaproponować. Są wśród nas również tacy, którzy twierdzą, że rano nie czują głodu i nie są w stanie zjeść śniadania. Takim osobom większość lekarzy radzi szukać przyczyny w porze i obfitości kolacji. Myślę jednak, że nawet poranne niejadki będą w stanie wcisnąć w siebie płynny koktajl.

Zanim czytelnik eksploduje z ciekawości, co to za mityczna mikstura, zaznaczę jeszcze, że jest ona bardzo łatwa i szybka w przygotowaniu. Ja zazwyczaj robię tak: wieczorem myję i namaczam w niewielkiej ilości wody 5 do 10 daktyli, w zależności od ich wielkości. Warto wybrać te suszone naturalnie, a nie tak potraktowane dwutlenkiem siarki. Rano do rozmoczonych owoców dodaję trzy, oczywiście obrane ze skórki, banany. Najlepsze są te „brzydkie”, bardzo mocno dojrzałe, z brązowymi plamkami. Te dwa składniki miksuję blenderem – żyrafą przez około minutę. Gdy papka jest już jednolita i aksamitna, dodaję do niej dwa uprzednio zaparzone i przestudzone espresso i miksuję jeszcze chwilę aż do całkowitego połączenia składników. Takie śniadanie sprawia, że nie jestem głodna przez minimum cztery godziny i mam mnóstwo energii.

Być może chcecie zapytać, skąd wziął się taki, dość dziwny na pierwszy rzut oka, pomysł? Już wyjaśniam. Jakiś czas temu zauważyłam, że mleko krowie przestało mi służyć. A może nigdy nie było dla mnie dobre, tylko mój organizm przestał się przed nim efektywnie bronić? Nie wiem. Pewne jest, że po spożyciu mleka bolał mnie brzuch, a cera automatycznie się psuła. Poczytałam trochę i ze zgrozą stwierdziłam, że u wielu osób nabiał, a zwłaszcza mleko wpływają negatywnie na układ pokarmowy i są jedną z głównych przyczyn powstawania trądziku. No cóż, nic prostszego, trzeba odstawić mleko. Jednak tu pojawia się problem: co z kawą? Nie wyobrażam sobie życia bez porannej kawy, a kawy bez mleka. Czarna traci dla mnie cały swój urok. Zaczęłam więc próbować czymś zastąpić mleko krowie. Kozie od początku odpadało, ponieważ jego „zapach” nie konweniował z aromatem kawy. Przyszła więc pora na różnego rodzaju „mleka roślinne”. Jednak i na tym polu poniosłam porażkę. Najbardziej popularne sojowe jest moim zdaniem po prostu niesmaczne. Ryżowe i owsiane smakują jak niewielka ilość mąki rozrobionej w wodzie. Kokosowe jest zbyt tłuste, a migdałowe za drogie do codziennego spożycia w dużych ilościach. Już myślałam, że przyjedzie mi się pożegnać z ukochanym napojem, gdy pewnego dnia robiąc bananowy koktajl postanowiłam dodać do niego kawę. To był strzał w dziesiątkę.

Koniecznie dajcie mi znać na facebooku lub mailowo, czy wypróbowaliście mój koktajl! Chętnie też zobaczyłabym zdjęcia waszych wariacji na temat kawy i bananów.

Ciąg dalszy przeczytasz w kolejnym wydaniu magazynu antidatum.

Łucja