kaligrafia0

 

Analizując termin „kaligrafia” łatwo docieramy do jego greckiego źródłosłowu, na który składają się dwa popularne słowa: piękny i pisanie. Dla nas, ludzi współczesnych, forma ręcznego zapisu ma coraz mniejsze znaczenie, a to dlatego, że stosunkowo rzadko posługujemy się pismem odręcznym. W urzędowej korespondencji prawie zupełnie już zanikło, pozostał tylko podpis, ale pewnie i on wkrótce zostanie wyrugowany przez podpis elektroniczny. W życiu prywatnym także upada zwyczaj pisania. Najbardziej powszechna jego forma – epistolografia, która słusznie uznawano za sztukę, ale także powszechnie obowiązujący towarzyski obyczaj, właściwie już upadła. Postęp cywilizacyjny i technologiczny, tempo życia, spowodowały, że nie korespondujemy ze sobą, a jedynie komunikujemy się przy pomocy tekstów. Właściwie im krócej i zwięźlej wyrazimy swoje myśli, tym nasz przekaz ma większą wartość. Komputer i telefon wyposażone w prosty edytor tekstów wystarczają, forma wyrazu ewoluuje ku jak najdalej idącym uproszczeniom, w których zasady gramatyki mają coraz mniejsze zastosowanie. Zanikają zdania, znaki interpunkcyjne, zapis przybiera kształt mechanicznie zestawionych równoważników zdań. Czasami nawet one nie są już potrzebne, gdyż niektóre treści i emocje przekazujemy przy pomocy ikon wybranych z katalogu.

Któż zatem czyta dziś odręczne teksty? Przede wszystkim historycy i archiwiści, badacze przeszłości. O aptekarzach ze zrozumiałych względów nie wspominam. Kto precyzyjnie dobiera narzędzie, kolor atramentu i papier, a potem wkłada duży wysiłek, aby nie tylko bogatym językiem, ale i w atrakcyjnej wizualnie formie przekazać swe myśli? Kto perfumuje list przed wysłaniem – no!, to już by była gruba przesada, ocierająca się o godne pogardy dziwactwo. A jeszcze tak niedawno w szkolnych ławkach był okrągły otwór na umieszczenie kałamarza, a dzieci w pierwszym okresie edukacji dużo energii poświęcały na doskonalenie precyzji kształtowania znaków pisarskich. Służyła do tego obsadka z umieszczoną w niej stalówką, maczana w atramencie. Ile dramatów i tragedii niosły ze sobą te próby, zwłaszcza gdy przy ostatnim wyrazie pięknie wykaligrafowanego tekstu pojawiał się wykwit w postaci soczystego kleksa. I całą robotę trzeba było zaczynać od nowa. Ale opłacało się, taka nauka nie szła w las. Litery stawały się coraz kształtniejsze, narzędzie było bardziej posłuszne. Mimo, że pióro było to samo, ten sam atrament, a papier jednakowo szorstki, to kleksy pojawiały się na nim coraz rzadziej. I wszyscy się zachwycali, jakiż to Jasio, czy Anielcia mają piękny charakter pisma. A ten dojrzewał z wiekiem. Początkowo imitowane z elementarza litery nabierały z czasem cech bardziej indywidualnych. I tak, jak rozpoznajemy ludzi po charakterystycznych rysach twarzy, tak rozpoznawano ich i po charakterze pisma. Wykształciła się nawet niesłychanie pożyteczna nauka – grafologia.

Dzisiaj zanika powszechna do niedawna umiejętność pięknego pisania, ale i zdolność do sprawnego odczytywania odręcznie pisanych tekstów. Po prostu wyszliśmy z wprawy, czytamy jedynie zestandaryzowane znaki, odwzorowane mechanicznie.

Ileż musimy się natrudzić, gdy wpadnie w nasze ręce stary list pełen wyszukanych zawijasów i kapryśnych linii. Bardziej przykuwa naszą uwagę jego wyszukana forma, niż ukrywająca się pod nią treść.  Ale gdy już pokonamy te opory i wczytamy się w zapis, to odkrywamy, że w ślad za taką formą podąża też większe wyrafinowanie literackie i bogactwo językowe. Bo sztuka pięknego pisania służyła też wzbogacaniu literackiego kunsztu. Starannie napisany list nie tylko przekazywał określoną porcję informacji, ale i wyrażał nasz szacunek dla adresata. Łatwo zbić ten argument stwierdzeniem, że więcej było w tym formy i działań konwencjonalnych, niż autentycznej treści. Ale czy nasze formy komunikacji są bardziej autentyczne? Na przykład, gdy wysyłamy życzenia świąteczne sms-em, wypisując obiegową formułkę i wciskając funkcję wyślij do wszystkich. Nasze życzenia dostają: babcia, bank, krawcowa, i jakieś biuro obsługi klienta w urzędzie, do którego dzwoniliśmy raz w życiu, ale numer zapisaliśmy na wszelki wypadek. Już nawet dzieci rzadko wysyłają babciom własnoręcznie wykonane i starannie wypisane laurki z życzeniami, no chyba że bardzo potrzebują finansowego wsparcia.

Kto dzisiaj ma czas na takie bezproduktywne czynności?

Ale stare manuskrypty bierzemy do rąk chętnie. Kuszą nas swoją dawnością, bogactwem kapryśnych duktów liter, konsystencją papieru, który raz bywa zadziwiająco delikatny i gładki, innym razem gruby i szorstki, z fakturą papierniczego sita, w którym zagęszczała się celulozowa pulpa. Plamy i wykwity wilgoci sąsiadują z wyraźnymi śladami poślinionego palca, który wielokrotnie odwracał stronę, chwytając kartkę zawsze w tym samym rogu. Jeśli tekst jest obszerniejszy, wielostronicowy, to przy odrobinie uwagi i wprawy łatwo odnajdujemy maniery pisarskie autora: nie tylko charakterystyczne dla niego zwroty czy składnię, ale i maniery formalne: sposób formatowania kolumny tekstu, numerowania stronic, używane ozdobniki, sposób nanoszenia poprawek. Trudno znaleźć to we współczesnych tekstach, bo rzadko są to manuskrypty, a najczęściej wydruki. Sposób formatowania wybieramy spośród kilku możliwości, ortografię poprawia nam komputer, a redakcja tekstu często powstaje metodą kopiuj – wklej.

Może jednak nauka z elementarza Falskiego miła jakiś głębszy sens. I najpierw powolne odczytywanie, a potem staranne przepisywanie do zeszytu w trzy linie tekstów typu: „Ala ma kota. As to Oli pies”, nie było czynnościami bezproduktywnymi. Więc może zamiast joysticka konsoli playstation, albo klawiatury komputera, dajmy najpierw dziecku do ręki pióro ze stalówką i słoiczek atramentu.

Chyba nie jest to jednak najlepszy pomysł. Sam mam do dzisiaj na części ciała, która utraciła swą szlachetność, ślady jak po nieudanych próbach tatuażu. To skutek ciosów zadanych mi przez kolegę w pierwszej klasie, który pióra używał jak dobrze wyćwiczony zaciężny knecht swojego śmiercionośnego oręża.

 

Andrzej