W dniach 15-17 sierpnia już po raz ósmy zjechali się do Lublina kupcy i wystawcy z Ukrainy, Białorusi, Litwy, Słowacji i oczywiście Polski. Jak widać, Jarmark wrósł już w lubelską tradycję i w kalendarzu cyklicznych imprez kulturalnych zajmuje bardzo ważne miejsce. Świadomie określam go mianem imprezy kulturalnej, gdyż w większym stopniu jest miejscem prezentacji i wymiany lokalnych tradycji kulturowych niż przedsięwzięciem o charakterze gospodarczym. Liczba ok. 250 wystawców, mnogość kolorowych straganów, które gęsto pokryły obszar Starego Miasta, Deptak i Błonia pod Zamkiem, wskazywać by mogły, że cel tego przedsięwzięcia jest przede wszystkim merkantylny. Jarmark, nawiązując do roli dawnego Lublina jako ważnego ośrodka międzynarodowej wymiany handlowej, służy jednak przede wszystkim ponownemu zbliżeniu narodów Europy Środkowo-Wschodniej, poprzez przybliżenie i propagowanie bogactwa ich kultury tradycyjnej. Kultura ta jest reprezentowana nie tylko przez gotowe wyroby rękodzieła i tradycyjnych, czasami już gdzie indziej zapomnianych, rzemiosł. Możemy je obejrzeć, wziąć do ręki, czy wreszcie zakupić na straganie, czasami zmagając się z trudnościami w komunikacji z osobą, która mówi w języku obcym, ale jednocześnie pobrzmiewającym znajomo. No chyba, że jest to węgierski, którego żaden Słowianin nie rozgryzie. Dla tych, którzy chcieli bardziej namacalnie, w sposób pogłębiony zapoznać się z tradycją rzemieślniczą i artystyczną, przygotowano wiele pokazów i warsztatów. Kowale obrabiali metal, młotami i ogniem wyczarowując przedmioty użytkowe i dekoracyjne okucia; bednarz sprawnymi ruchami zamieniał wiązki dębowych klepek w pękate beczki; garncarz obracając swoim kołem, przetwarzał placek ciastowatej gliny w dowolne naczynie. Można było nie tylko oglądać, ale i spróbować swych sił. Temu służyły liczne warsztaty: malowania na szkle, wycinankarstwa, robienia pająków ze słomy. A wszystko to w pięknej scenerii Starego Miasta i jego przyległości: na Grodzkiej, w Klasztorze OO. Dominikanów, na Błoniach pod Zamkiem, na Placu przed Teatrem Andersena.

Mimo bardzo zmiennej, wręcz dynamicznej pogody, kolorowy i wielojęzyczny tłum wolno przesuwał się ulicami i zaułkami naszego miasta, które tworzyło znakomitą scenografię dla imprez towarzyszących Jarmarkowi. Zatrzymywały nas nie tylko towary wystawiane przez ich wytwórców, ale także muzykujące zespoły, kapele, orkiestry dęte i śpiewacy. Żywiołowe rytmy węgierskie mieszały się z melancholijnym brzmieniem dziadowskiej liry i metalicznym brzękiem dzwonków słowackiego górala.  I znów, także w przypadku muzyki, można było nie tylko słuchać, ale i samemu popróbować swych sił. Było to możliwe dzięki warsztatom muzycznym: pieśni weselnych z Lubelszczyzny, orkiestry Jarmarku Jagiellońskiego, śpiewu, tańca.

Podobnie jak w poprzednich edycjach Jarmarku, także i tym razem przygotowano szeroką ofertę dla najmłodszych odbiorców. Dzieci z pasją oddawały się zabawie na Błoniach pod Zamkiem. Park zabaw tradycyjnych był nieustannie oblegany. Jak widać prosta zabawka składająca się z drewnianych obręczy i wbitych w ziemię patyków, szczudła, czy wreszcie surowe drewniane klocki, całkiem dobrze wytrzymują jeszcze konkurencję z komputerem i grami video. Łatwo jednak zauważyć, że jeszcze lepiej niż dzieci bawili się ich ojcowie, a nawet dziadkowie. Być może drewniane klocki przypomniały im ich własne dzieciństwo, lecz czy nie dzieje się tak często nie tylko w przypadku retro-zabawek?

W tym roku miałem okazję do bezpośredniego porównania dwóch jarmarków: Dominikańskiego w Gdańsku i naszego Jagiellońskiego. I mam nadzieję, że nie tylko lokalny patriotyzm pozwala mi ocenić ten nasz dużo wyżej. W Gdańsku dominuje komercja, i to czasami w bardzo poślednim wydaniu. U nas wciąż jeszcze autentyczne rzemiosło i tradycyjna kultura jest w przewadze, oby jak najdłużej. Chociaż, jeśli ktoś bardzo chce się czepiać, to znajdzie i na uliczkach lubelskiego Starego Miasta Chrystusa Frasobliwego sąsiadującego nie tylko z białoruską wycinanką ludową, ale i całym stadem kotków, uszytych z króliczego futra o dziwnie wyłupiastych szklanych oczach, które w żaden sposób nie dają się dopasować do którejkolwiek z kultur obszaru Europy Środkowo-Wschodniej.

Ciąg dalszy przeczytasz w trzecim wydaniu magazynu antidatum

Andrzej