fr_2

 

Mam nadzieję, że bardziej uważni czytelnicy naszego magazynu zauważyli nowy element, który pojawił się we wrześniowym wydaniu – rysunek. Od dawna szukaliśmy grafika-ilustratora, z którym moglibyśmy współpracować, ale jakoś nie wychodziło. Nawet nie oczekiwaliśmy, że mógłby to być ktoś, kto uprawia klasyczny rysunek i grafikę warsztatową. Wrześniowy rysunek centaura, z dziwnym jak na mitycznego stwora (bo chyba nie zwierzę), przedmiotem w ręku – kubkiem, jest próbką jego możliwości. Kto choć raz trzymał w ręku ołówek, czy zamoczone w tuszu piórko, próbując skreślić coś na kawałku kartki, łatwo oceni jakość tej pracy. Stopień opanowania warsztatu od razy rzuca się w oczy. Jednak aby w pełni docenić artystyczną wyobraźnię autora trzeba tych prac obejrzeć więcej.

Czas przedstawić naszego artystę – to Fryderyk Rudziński, który jako główną formę swej wypowiedzi wybrał jedną z najbardziej tradycyjnych i szlachetnych technik graficznych – miedzioryt. Technikę pracy, której podejmuje się dzisiaj bardzo niewielu artystów. Ta w przeszłości klasyczna technika wklęsłodrukowa, dziś została prawie całkowicie zarzucona. Najczęściej adepci szkół artystycznych kontakt z nią kończą na kilku zaledwie próbach, które są elementem propedeutycznego zapoznania się z dawną grafiką. Potem większość z nich przesiada się na komputer i on staje się ich głównym narzędziem pracy. Miedzioryt dla współczesnego grafika jest więc taką trochę archeologiczną formą pracy. I trzeba przyznać, że także to właśnie powodowało, iż tak bardzo zależało nam na tym, aby Fryderyk zechciał z nami współpracować. Bardzo cenimy sobie bowiem tradycję we wszystkich jej przejawach, a unikatowe i ginące, czasami całkowicie zarzucone profesje tym bardziej chcemy pokazywać.

Wypada teraz powiedzieć kilka słów o artyście, choć on sam do jakichś bardziej osobistych wypowiedzi raczej skory nie jest. Formalnie biorąc odebrał typową w takich przypadkach edukację. W 1999 roku zdał maturę w Liceum Artystycznym im. Stanisława Wyspiańskiego, które wtedy mieściło się w malowniczym podwórku przy Archidiakońskiej, a okna niektórych klas wychodziły na Plac Po Farze i widoczny dalej Zamek. Jak sam twierdzi, liceum było jednakowo ważne, jak studia. Tu zaczęły się pierwsze próby z grafiką. Była tam w piwnicy prasa wklęsłodrukowa, z której uczniowie mogli korzystać, choć systematycznie bardziej skomplikowanych technik nie uczono. Tu powstały pierwsze odbitki z suchorytu. Jeszcze w liceum Fryderyk miał pierwszą – jak sam twierdzi, dość profesjonalnie zrobioną – wystawę w Młodzieżowym Domu Kultury przy szkole Vetterów. Wśród szkolnych grafik tam pokazanych był też pierwszy miedzioryt. I choć autor ocenia go dziś wyjątkowo krytycznie, to jednak była już próba zmierzenia się z klasycznym miedziorytem. Wydział Artystyczny UMCS był kolejnym etapem edukacji Fryderyka. Tu zainteresowania miedziorytem jeszcze bardziej się skrystalizowały. Cały czas było to szukanie własnej drogi i rozwijanie indywidualnych zainteresowań, w których uczelnia zbytnio nie pomagała, ale też i nie przeszkadzała. W sytuacji, gdy wiesz czego szukasz, to i w takim środowisku znajdziesz ludzi, którzy ci pomogą. W przypadku Fryderyka byli to Maksymilian Snoch, Jan Ferenc, Tomasz Malec i Artur Popek, pod którego kierunkiem powstał dyplom z miedziorytu.

Jako pierwszą ważną wystawę indywidualną autor wskazuje pokaz prac w zamku w Niedzicy w 2013 roku. Dopiero w dwóch następnych latach odbyły się pierwsze indywidualne wystawy w rodzinnym Lublinie, w Filii Miejskiej Biblioteki Publicznej na Węglinie, a następnie w Izbie Druku. Od kilku edycji uczestniczy też w wystawach pokonkursowych małej formy grafiki w Łodzi.

Muszę przyznać, że choć  rozwój twórczości Fryderyka śledziłem już od pierwszej klasy liceum – z tamtego czasu mam nawet jego kompozycję z martwą naturą w gwaszu, to jako prawdziwie dojrzały grafik objawił mi się dopiero na wystawie w Izbie Druku. Zaprezentowane tam w większym wyborze rysunki i miedzioryty pokazały tak naprawdę, że to artysta, który znalazł własną drogę, a już na pewno własną formę wypowiedzi. Oglądane wcześniej w Internecie pojedyncze prace były zaledwie wyrywkowymi próbkami. No i wreszcie to, co i w rysunku i grafice bardzo ważne, osobiste, prawie haptyczne doznanie dzieła. Dopiero wtedy można je należycie ocenić. Prace te należy bowiem oglądać z bliska. Wymaga tego nie tylko technika, ale i ich format. Największe z nich to zaledwie kilkanaście na kilkanaście centymetrów. Większość ma jeszcze mniejsze rozmiary. Analizując je wnikliwie, jesteśmy dopiero w stanie ocenić, czym jest taka praca. Jest to skrajnie dalekie od wyobrażeń o pracy artysty, który kierowany impulsem, w twórczym szale przenosi swe wizje na kawałek płótna czy papieru. Miedzioryt to bardzo trudna i żmudna technika, choć sam Fryderyk twierdzi, że jest inaczej. Nie ma tu mowy o impulsywnym, szybkim działaniu. Na blacie leży kawałek miedzianej blachy – błyszcząca rdzawą czerwienią płytka. Obok kilka zaledwie narzędzi: dłutka, rylce, skrobak, gładzik i lupy. Cięcie duktów rowków w blasze to bardzo żmudna i wymagająca absolutnej koncentracji praca. Rylec, czy dłutko przykładamy do powierzchni blachy, którą operujemy w celu uzyskania nacięcia. Podczas tego procesu odkłada się wiór wyciętej miedzi, który należy usunąć skrobakiem, zmieść wszystkie drobiny twardą włosianą szczotką, a następnie wypolerować specjalną pastą przy użyciu miękkiej bawełnianej szmatki. Po kilku godzinach takiej pracy, grafik jest w stanie opracować kilka centymetrów kwadratowych powierzchni matrycy. A i to często wymaga kolejnych poprawek – pogłębienia duktu rowka, zagęszczania linii. Pierwotny zamysł kompozycji powstaje dużo wcześniej, ma formę studiów rysunkowych i ostatecznego projektu, który i tak potem ewoluuje w trakcie przygotowania matrycy. Gdy matryca jest już wycięta i dokładnie wypolerowana, grafik wciera w rowki farbę, starannie usuwa jej naddatki i na specjalnym nawilżonym papierze otrzymuje pierwszą odbitkę, przepuszczając papier wraz matrycą przez prasę. Wtedy można ocenić pierwszy efekt pracy. Zwykle matryca wymaga jeszcze kolejnych korekt, a i po nich nie wszystkie odbitki są udane. Dobór konsystencji papieru, odpowiednie nawilżenie go, nacisk prasy – tu decyduje doświadczenie, na nic zdaje się teoretyczna wiedza. Efekty techniki miedziorytniczej to w 90% powolna, niesłychanie precyzyjna praca w stanie maksymalnej koncentracji. To szkoła cierpliwości i pokory, zdolności absolutnego skupienia. Gdzie zatem jest miejsce na mit o boskiej inspiracji, działaniu pod natchnieniem, o jakimś twórczym szale? Na to jest chyba miejsce tylko na etapie wstępnej koncepcji. Najczęściej dobry grafik operujący linią to także dobry rysownik. Praca jest dla niego nieustannym doskonaleniem tych dwu umiejętności. Im lepiej opanuje technikę rysunku, tym lepsze są efekty miedziorytu. Obserwując Fryderyka Rudzińskiego zastanawiam się, co było pierwsze, pewne predyspozycje psychiczne, postawa naturalnego wyciszenia, refleksji, namysłu i zwykłej uczciwości, która nie pozwala mu powiedzieć – gotowe!, skończone!, jeśli tak nie jest na100%. Jeśli sam twórca nie jest pewien, że uzyskał efekt zbliżony do wstępnych założeń, a od strony technicznej wszystko nie zostało zrobione perfekcyjnie. A może jest tak, że to technika miedziorytu ze swymi wymaganiami i ograniczeniami kształci w artyście określone cechy.

Perfekcja techniczna naszego grafika, ale i możliwości miedziorytu dostrzegalne są po obejrzeniu większej ilości prac. Czasami widzimy na nich rozległy górski krajobraz, jakby rozmyty w lekkiej poświacie, a to wszystko uzyskane poprzez nacinanie blachy plątaniną pajęczo delikatnych rys. Innym razem odcienie czarnej farby dają efekt intensywnego wysycenia. A tematyka jego prac? Czasami jest to trywialny fragment rzeczywistości – dom sąsiada, przefiltrowany przez wyobraźnię twórcy, dzięki maestrii techniki, staje się dziełem odsłaniającym jakąś magiczną rzeczywistość. Kilka studiów domowego pupila – psa Gacka, pokazuje dopasowany do kształtu koszyka kłębek futra, czy zwiniętego  czworonoga, który niby śpiąc, czujnie łypie na nas jednym otwartym okiem. Jest też świat stworów, na pół fantastycznych, na pół biologicznych, uwikłanych w jakieś czynności, ale najczęściej dziwnie melancholijnych, uspokojonych, a może smutnych? Są też mocniej rozbudowane sceny, bardziej anegdotyczne, choć nie do końca realistyczne, jak np. „Wiosenne pranie futer”.

Nie da się tych prac opisać, trzeba je obejrzeć. Precyzyjniej mówiąc, trzeba je oglądać – nie wystarczy tu jeden rzut oka. Już w samej warstwie narracyjnej, nawet przy najprostszej kompozycji, za każdym kolejnym podejściem odkryjemy coś nowego. I choć technika jest służebna w stosunku do zamysłu dzieła, to i ona sama zasługuje na osobną uwagę – jest po prostu wirtuozowskim popisem.

Fryderyk pytany o ideał mistrza techniki wymienia najbardziej uznane nazwiska artystów z przeszłości: Martina Schongauera, Albrechta Dürera, a z artystów współczesnych Jacka Gaja, profesora rysunku Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, także miedziorytnika. Patrząc na jego prace wyraźnie widzimy dążenie do tych ideałów, choć znając Fryderyka wiem, że oburzyłby się na to stwierdzenie.

W moim przekonaniu to artysta, który stawiając sobie pozornie małe cele: biegłość rysunku, precyzja cięcia blachy, już osiągnął doskonałe efekty. A właściwa mu pokora i uczciwość gwarantują, że w swej pracy dojdzie do najwyższych stopni wtajemniczenia. Ta trudna, i wśród współczesnych artystów niemal zapomniana technika daje nam możliwość pewnego wglądu w jego wewnętrzny świat – co już samo w sobie jest intrygujące, ale i dostęp do świata dawnej sztuki, kiedy to artysta musiał mieć niesłychaną biegłość manualną i umiejętności techniczne na poziomie najwyższego zaawansowania. Tego jednak współczesna sztuka specjalnie nie ceni.

Tym bardziej czujemy się wyróżnieni tym, że Fryderyk próbki swoich rysunkowych umiejętności zechciał udostępnić za pośrednictwem magazynu antidatum. Będziemy mogli w każdym kolejnym numerze oglądać rysunek, który w jakiś sposób nawiązuje do aktualnej zawartości treściowej.

Koniecznie przeczytaj całe październikowe wydanie magazynu antidatum.

Andrzej